Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Marcin Suskiewicz  7 stycznia 2014

M.Suskiewicz: Przetwarzać, nie zaprzeczać

Marcin Suskiewicz  7 stycznia 2014
przeczytanie zajmie 5 min
M.Suskiewicz: Przetwarzać, nie zaprzeczać wikimedia commons

W następnym numerze „Pressji” będziemy spoglądać przez ramię legendarnego założyciela „Gazety Wyborczej” na teksty Gombrowicza i Wyszyńskiego, by na nowo ocenić, czy – zgodnie z jego propozycją – rzeczywiście zajmują oni pozycje na przeciwległych biegunach intelektualnych, czy w ogóle trzeba między nimi wybierać. Najpierw jednak mały quiz. Michnik, Wyszyński, Gombrowicz – co łączy te trzy nazwiska?

Odpowiedź brzmi: podwarszawskie Laski. Miejsce, w którym Adam Michnik, przebywający tam przez pewien czas, widział, jak „wartości ewangeliczne materializują się bez przerwy” i w którym prymas Wyszyński lokował swoją duchową ojczyznę. Z Laskami blisko związana była także Irena Gombrowicz, głęboko wierząca siostra Witolda, którą brat określał jako „nowoczesną katoliczkę”.

Jeśli tym, co według nas łączy Gombrowicza i Wyszyńskiego, jest pragnienie nadania życiu – w jego wymiarze indywidualnym i wspólnotowym – pewnej dojrzałej formy, Laski okazują się przykładem realizacji tego pragnienia. „Materializowanie wartości ewangelicznych” to czynienie z Ewangelii formy życia, formy stabilnej, pozwalającej czynić piękne rzeczy i opierać się przeciwnościom. Formy przyjmowanej w przypadku Lasek w sposób świadomy, refleksyjny, moglibyśmy powiedzieć – nowoczesny.

Za ilustrację niech posłuży nam pewien incydent z czasów drugiej wojny światowej, w którym ważne role odegrali pracownicy Lasek na czele z Antonim Marylskim, ich kierownikiem, i Zofią Morawską, jego wieloletnią współpracownicą (jej siostra Hanna prowadziła wraz z Ireną Gombrowicz związane z Laskami wydawnictwo i księgarnię), oraz bł. Natalią Tułasiewiczową, młodszą o 7 lat od Gombrowiczówny „nowoczesną katoliczką” z Poznania, która w Laskach przygotowywała się do swojej zakończonej męczeństwem misji.

Cofnijmy się więc do 1942 lub 1943 roku, gdy w pałacu arcybiskupim w Krakowie miało dojść do spotkania między księciem metropolitą krakowskim Adamem Sapiehą a przedstawicielami organizacji „Zachód” (pozostającej w łączności z Delegaturą Rządu na Kraj i Komendą Główną AK) w sprawie otoczenia opieką moralną i duszpasterską Polaków w Niemczech. W spotkaniu tym uczestniczyli między innymi wspomniani wyżej Antoni Marylski, kierownik Działu Duszpasterskiego „Zachodu”, pseudonim konspiracyjny „Ostoja” i Zofia Morawska psuedonim „Zula”. Dyskutowano akcję wysyłania księży oraz świeckich – Marylski miał być odpowiedzialny za tych drugich – z misją wychowawczo-apostolską do polskich robotników przymusowych. 

Było to przedsięwzięcie dość nietypowe. Dalekosiężne cele polityczne (Polacy w Niemczech, zwłaszcza na tzw. ziemiach postulowanych, mieli po wojnie stanowić argument w staraniach o poszerzenie terytorium kraju na zachód) były bowiem podporządkowane doraźnym celom duszpasterskim. Pośród robotników przymusowych – nierzadko ludzi z marginesu – w obliczu ciężkich warunków pracy i ciągłej demoralizacji zagrożone była bowiem nie tylko poczucie więzi z okupowaną ojczyzną, ale przede wszystkim życie religijne, nadzieja i wiara. Lekarstwo na to miało być dość proste: ktoś, kto przykładem i działalnością na nowo wprowadziłby formę w pogrążone w chaosie i rozpaczy wspólnoty pracowników przymusowych.

Świeccy ochotnicy przygotowujący się do wyjazdu brali udział w szkoleniach w Warszawie i w Laskach. Był w nie zaangażowany m. in. młody Wyszyński jako ówczesny kapelan Lasek. Przed samym wyjazdem miałem jeszcze spotkanie z panem Marylskim, który wręczył mi kilka książek o tematyce religijnej, potrzebnych w działalności duszpaterskiej – relacjonował jeden z ochotników, Ryszard Kamiński. – Ksiądz Stefan Wyszyński dał mi wizerunek Chrystusa, wypisując na odwrocie następujące słowa: „Wszyscy my jednym ciałem jesteśmy w Chrystusie, a każdy z osobna jesteśmy członkami jedni drugich…”. Od siostry Wacławy Iwaszkiewicz dostałem medalik, na którym była również postać Chrystusa i napis „Jezu, ufam Tobie”. Przeszedłem z nim szereg różnych przepraw. Zawsze, kiedy mi było ciężko w Niemczech, a zdarzało się to często, sięgałem po medalik, który miałem zawieszony na szyi. W tych różnych perypetiach wierzyłem, że Bóg czuwa nade mną, tak jak ten napis głosił.

Łącznie do Niemiec wysłano kilkunastu emisariuszy świeckich. Pierwsza z nich, bł. Natalia Tułasiewicz, była świadoma, że katolicyzm nie jest jedynie czymś odziedziczonym, ale musi być przedmiotem jej własnego, świadomego i wciąż ponawianego wysiłku. W notce z 13 lipca 1942 roku, przy okazji wzmianki o rodzicach, pisała: Byli ludźmi w usterkach, a równocześnie w przenikającym ich podświadomie i świadomie dążeniu do dobra. I wybłagali sobie u Boga to, o czym może i nie marzyli, że my, dzieci, przerośliśmy ich duchowo, ale mając dzisiaj szersze perspektywy, bo więcej naukowe, a więc głębsze, ujmowania człowieka w tle zagadek wieczności, równocześnie z całą miłością oddajemy im tę sprawiedliwość radosną, że na fundamentach ich wkładu duchowego, ich tęsknoty ku Bogu, wznosimy dzisiaj nasze, być może i daj Boże, jeszcze spoistsze świątynie dusz. […] Mój głód świętości, świadomy i świadomie podsycany, w moich rodzicach był nieśmiałym, ale ufnym pochodem ku górze.

Ważnym elementem duchowości Tułasiewiczówny było przekonanie, że Łaska nie zaprzecza niczemu, co ludzkie, a jedynie wszystko przetwarza. Polemizując z Giovannim Papinim, który w swojej książce o św. Augustynie nazywa go synem św. Moniki i Łaski, lecz zaprzeczeniem ojca, pisała: Augustyn musiał w sobie przetworzyć ojca – jego cielesną zachłanność przetworzył w sobie w zachłanność nieba, jego impet złości dał mu w walce o dusze żar bojowy i bezkompromisowość, ojcowski materializm przetworzył się w nim pod wpływem Łaski w skrzętne zabieganie o sprawy ducha, ojcowska krew urzędnika rzymskiego dała mu poszanowanie dla potęgi praw Kościoła. […] Bóg szanuje ustanowione przez siebie prawa przyrody, a więc także prawa życia psychicznego, w myśl których gwałtownik nie wyzbywa się swej gwałtowności, w tym sensie, by ją z siebie wyeliminował, bo to jest niemożliwe, to tkwi w nim, tylko staje się gwałtownikiem królestwa niebieskiego, które teraz od niego gwałtu cierpi (notka z 30 sierpnia 1941 roku). Podobnie Tułasiewiczówna nie chciała zaprzeczać nowoczesności, chciała ją przetworzyć. Nie dane jej było rozwinąć szeroko swojej aktywności – nie dane jej było nieść Chrystusa wszystkim ludziom spotkanym na ulicach, w tramwaju, w urzędach, w sklepach, w restauracjach, kinach, teatrach, wszędzie! (notka z 1 listopada 1940); jej działalność apostolska miała ograniczyć się do obozu robotników w Hanowerze.

Podczas swojego tam pobytu – zanim została zdekonspirowana, aresztowana, przeniesiona do Ravensbrücku, a następnie zabita w Wielki Piątek 1945 roku – wygłosiła ponad 60 katechez (prosiła przy tym listownie przyjaciół o skonsultowanie z oo. dominikanami Jackiem Woronieckim i Bernardem Przybylskim, czy, będąc świecką, nie narusza swoją działalnością żadnych przepisów prawa kanonicznego), organizowała Msze Święte z Komunią Świętą duchową i koordynowała akcję paczek na święta dla chorych. Jej działalność nie ograniczała się zresztą do kwestii religijnych – podczas prac domowych czytała „Pana Tadeusza”, opowiadała o starożytnej Grecji, organizowała pogadanki o higienie i przygotowanie do małżeństwa. W barakach pojawiły się ołtarzyki, spotykano się na modlitwy. Jednym z jej największych osiągnięć było zorganizowanie w Boże Narodzenie 1944 roku wspólnej wigilii.

Tak wyglądała Forma Polska w działaniu.