Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.
Petros Tovmasyan  3 stycznia 2014

Tovmasyan: Oddajcie nam bazary

Petros Tovmasyan  3 stycznia 2014
przeczytanie zajmie 5 min

Wychowałem się na targu i nie wstydzę się tego. Tak jak inni chwalą się, że dorastali w górach, nad jeziorem, na wsi. Ja, Ormianin, emigrant, większość dzieciństwa spędziłem między straganami rodziców, wujów i ciotki – miałem dzięki temu bardzo ciekawe dzieciństwo. Targ to wyjątkowe miejsce, które niestety znika z przestrzeni polskich miast. A szkoda. Może warto jeszcze powalczyć o bazar, który jest często esencją miasta i prawdziwym kołem napędowym polskiej gospodarki.

Na początku lat 90-tych, wraz z reformą Balcerowicza, powstał gliwicki bazar „Balcerek” – najważniejsze centrum miejskiego handlu. W czasie swojej świetności dawał pracę ponad trzystu osobom. Był miejscem, gdzie typowy Ślązak mógł łamanym rosyjskim kłócić się z Gruzinem o skład bawełny w chińskich skarpetach 100% cotton. Każda nacja pracująca na „Balcerku” miała swoją własną wersję polszczyzny, wszyscy sprzedawali te same azjatyckie podróbki i wszyscy jednym głosem, na pytanie o miejsce produkcji, odpowiadali dumnie – „nasze, polskie”.

Gliwicki „Balcerek” był jednym z tysięcy takich bazarów w całej Polsce. Targi z tamtego okresu były bardziej multikulturowe od świetlic Krytyki Politycznej. Całymi rodzinami przyjeżdżali Ormianie, Ukraińcy, Rosjanie, Gruzini, Białorusini, Litwini, Wietnamczycy, Chińczycy – istny tygiel. W czasach, gdy bezrobocie w Polsce dochodziło do 20%, handel był najskuteczniejszą formą zarobienia na chleb. Mógł zarobić każdy, kto miał siłę i ochotę wstać rano o 5:00, pojechać do hurtowni po towar i stać z nim na straganie, niezależnie od warunków atmosferycznych. Prawdziwa aktywizacja i wychodzenie z wykluczenia, bez udziału państwa, bez dotacji unijnych. Dziesiątki tysięcy ludzi wychodziło na prostą dzięki takim targom: bezrobotni górnicy z zamkniętych kopalń, renciści bez prawa do renty, wreszcie emigranci i uchodźcy z byłego ZSRR. Jednocześnie bazar był handlem oparty na osobistej relacji sprzedawcy z klientami. Nikt nie był anonimowy, nie trzeba było paragonu, aby zwrócić lub wymienić towar, wszyscy znali się z imienia. Sprzedawca poszukiwał w hurtowni towarów dla konkretnych klientów, ceny także były często dopasowywane do możliwości kupującego. Może nawet była to prawdziwa ekonomia społeczna?

Niestety początek XXI wieku to czas zamykania bazarów. Wtedy jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać hipermarkety. Wielkie, obrzydliwe potworki architektoniczne stawiane w centrach miast. Władze i niektórzy mieszkańcy zaczęli utożsamiać targi z wiochą i zacofaniem, a supermarkety stały się symbolem „wchodzenia do Europy”. Tymczasem bazary działają w najważniejszych stolicach Europy. Berlińskie Flohmarkty, czyli pchle targi, to miejsca, w których kupisz i sprzedasz praktycznie wszystko. Najfantastyczniejszy chyba bazar na świecie znajduje się w Londynie – Camden Market,  kwintesencja miasta, czwarta najpopularniejsza atrakcja Londynu, przyciągająca w każdy weekend setki tysięcy zwiedzających. Zapełnione po brzegi bazary znajdują się także w Amsterdamie – Albert Cuyp i Noordermarkt, Rzymie – Porta Portese, Campo Dei Fiori, Lizbonie – Feira da Ladra i wielu innych stolicach. Praktycznie w każdym dużym europejskim mieście znajduje się bazar z prawdziwego zdarzenia. Tylko polskie miasta, które starają się uchodzić za „nowoczesne” i „europejskie”, na ogromną skalę je likwidują, zastępując obrzydliwymi halami supermarketowymi, które sprzedają identycznie towary w identycznych butikach na całym świecie.

Zastępowanie bazarów super- i hipermarketami to jedno ze smutniejszych zjawisk w rzeczywistości polskich miast. Był taki moment w latach 90-tych, gdy stawianie marketów stało się priorytetem władz samorządowych. Można było za półdarmo wynająć ziemię w samym centrum miasta, a potem hucznie ogłosić powstanie przeróżnie nazywanych centrów „zabawy i rekreacji”, które sprowadzały się po prostu do tego, że obok zwyczajnych sieciówek odzieżowych powstawała również sieciowa siłownia czy jakieś bezduszne kino z biletami za 25 zł. Niby miało być centrum rozrywki, a zawsze powstawał kolejny sklep. Sklep, który jeżeli przez bezmyślność samorządowców znajdował się w centrum, momentalnie powodował śmierć życia miejskiego, zamykanie istniejących od dziesiątek lat małych sklepów, istne spustoszenie kosztem wpakowania energii miasta do szarej puszki, w której nie można robić absolutnie niczego poza kupowaniem, konsumowaniem i słuchaniem durnej, bezmyślnej muzyki puszczanej na cały regulator. Taka jest rzeczywistość wielu średnich polskich miast, gdzie jedynym miejscem „pełnym życia” jest centrum handlowe. Przeraziło mnie, gdy się dowiedziałem, że dzisiejsza młodzież umawia się ze znajomymi w hipermarkecie, a sposobem na spędzanie wspólnego czasu jest buszowanie po sklepach.

Centra handlowe to jednak nie tylko niszczenie życia społecznego. Można też na nie spojrzeć z punktu widzenia gospodarczego. Kilka lat temu w centrum Gliwic powstało ogromne C.H. Forum, klasyczny wysysacz miejskiego życia i zabójca lokalnych sklepików i targów. Parę lat później powstanie Forum doprowadziło do upadku największego targu w centrum miasta, który istniał nieprzerwanie od 1991 roku. Wspomniany wcześniej „Balcerek” w czasach swojej świetności był miejscem pracy dla setek mikroprzedsiębiorców, którzy osiągali dochody rzędu 2-4 tys. zł. Obciachowy „Balcerek” utrzymywał ponad trzysta gliwickich rodzin, a dodatkowo handlarz towar kupował od hurtownika, który też był mikroprzedsiębiorcą. Towar z Chin, za grosze, sprowadzał dla tego hurtownika jeszcze inny polski mikroprzedsiębiorca, przez co większość zysku z handlu na bazarze krążyła w polskich rękach. Wszyscy płacili horrendalny ZUS podnoszący realne opodatkowanie do ponad połowy zysku.

A jak prezentuje się Forum, które spowodowało ostateczny upadek „Balcerka”? W centrum istnieje nie więcej niż 200 etatów, prawie wszyscy są zatrudnieni na umowach śmieciowych, znaczna większość pracuje za kwotę niewiele większą od minimalnej krajowej – co jest zresztą standardem w takich miejscach. Właścicielem centrum jest niemiecki fundusz inwestycyjny, poszczególne sklepy także są w znacznej większości własnością firm zagranicznych. Z „obciachowych” bazarów, które były miejscem pracy i rozwoju dla tysięcy polskich mikroprzedsiębiorstw, przenosimy gospodarkę do relacji, w której Polacy stają się siłą roboczą za minimalną krajową, a większość dochodów z handlu zostaje przelana na konta zagranicznych korporacji. Zdaję sobie sprawę, że brzmię teraz jak niepoprawny socjalista, ale bynajmniej moim zamiarem nie jest zachęcanie do zamykania centrów handlowych. Dziwi po prostu fakt, że tworzenie hipermarketów kosztem tysięcy małych targów jest od kilkunastu lat priorytetem „rozwojowym” polskich samorządów. Dziwne też, że samorządowcy nie dostrzegają związku z zamykaniem targu a wpędzeniem kilkuset ludzi w bezrobocie, bo małym handlem zajmują się wykluczeni z rynku pracy. Mikroprzedsiębiorca handlujący na bazarze utrzymywał rodzinę, sprzedawca w centrum handlowych jest z reguły studentem, a nawet licealistą, zresztą tylko taki pracownik jest w stanie żyć za 1.181,38 zł netto miesięcznie.

Jest jeszcze jeden aspekt, chyba najsmutniejszy. Po latach zachłyśnięcia hipermarketami, bazarowe towary okazały się niewiele gorsze od towarów „markowych”, produkowanych w tym samym azjatyckim kraju, czasem w tym samym mieście, a często nawet w tej samej fabryce. Te towary w gruncie rzeczy różnią się tym, że wielka zachodnia korporacja nakłada na nie marżę 1000% – za doklejenie metki. Zrobiono nas wszystkich w balona. Kupujemy te same towary drożej i ze stratą dla gospodarki. W taki sposób za bezcen został oddany prawie cały rynek dystrybutora w obce ręce.

Co można z tym zrobić? Teraz już niewiele. Większość legendarnych bazarów została zlikwidowana. Można przypomnieć władzom miejskim, że wyborca to nie tylko konsument, że obrzydliwa szara bryła w samym centrum miasta to nie jest „nowoczesność”, że mali lokalni przedsiębiorcy są większą korzyścią dla miasta niż jeden, nawet bardzo potężny niemiecki fundusz inwestycyjny, nawet gdy ci lokalni z bazaru nie będą w stanie wykupić bardzo drogiego wyjazdu zagranicznego. Ponadto sami możemy zacząć częściej kupować z „obciachowego” straganiku na bazarze, bo na pewno taniej. I może bardziej „ludzko”?