Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Krzysztof Adamaszek  2 stycznia 2014

Adamaszek: Lewicowe oblicze NSDAP

Krzysztof Adamaszek  2 stycznia 2014
przeczytanie zajmie 6 min
Adamaszek: Lewicowe oblicze NSDAP Recuerdos de Pandora, CC.

Czerwień flagi i czerń swastyki. Nie zwykliśmy kojarzyć dwóch powyższych symboli, mimo iż w ścisłym ze sobą związku tworzą one flagę III Rzeszy. Podobnie jak drugi człon nazwy „narodowy socjalizm”, tak i robotniczą czerwień trwale wyparliśmy ze swej percepcji totalitaryzmu niemieckiego. Chociaż coraz częściej wskazuje się na podobieństwa między nazizmem, a socjalizmem (i komunizmem), zupełnie nieznanym jest fakt istnienia w obrębie NSDAP ściśle socjalistycznej frakcji, znanej jako „Czarny front”. By zrozumieć, jak mogła ona współistnieć z innymi irracjonalistycznymi prądami brunatnego ruchu, warto cofnąć się do genezy i początkowej ewolucji niemieckiej partii narodowo-socjalistycznej.

Geneza. Władcy marionetek i (nie)winni czarodzieje

Od połowy XIX wieku, na fali entuzjastycznie przyjmowanej idei zjednoczenia się wszystkich państw niemieckich, zaczęły pojawiać się pewne tendencje światopoglądowo-naukowe. Z jednej strony idee darwinizmu społecznego, połączonego z pseudonaukowym rasizmem spod znaku Houstona Chamberlaina czy Antoine’a de Gobineau, które na specyficznym gruncie teutońskim nabrały dziwnych barw. Drugą stronę należy łączyć z rodzimym renesansem kulturowym Niemców – mowa o neoromantycznych ruchach pokroju volkistowskich organizacji wędrownych – niewinne grupy kulturalno-krajoznawcze szybko stały się podstawą do tworzenia irracjonalistycznych i okultystycznych sekt rasistowsko-antysemickich (Zakon Germanów, Towarzystwo Artamanów, Zakon Nowych Templariuszy, i wiele innych). Z połączenia tych dwóch nurtów pojawiły się idee „krwi i ziemi” (Blut Und Boden), czy choćby osławione Towarzystwo Thule, powiązane z przyszłym środowiskiem NSDAP.

W powyższym streszczeniu trudno dojrzeć choćby cień socjalizmu. Przecież XIX-wieczna lewica kojarzy się raczej z antyrasizmem, ruchem robotniczym czy też odrzuceniem motywacji narodowych. Co więcej – przedstawione w poprzednim akapicie prądy myślowe już wtedy jednoznacznie kojarzono z reakcją. Czyżby więc litera „s” jak „socjalistyczna” w skrótowcu NSDAP pojawiła się rzeczywiście przez przypadek – i obecna lewica ma rację? Zweryfikujmy te niejasności przyglądając się samej partii narodowosocjalistycznej w jej powijakach.

Wiosną 1918 roku awanturnik Rudolph von Sebottendorff (imię, nazwisko i przedrostek szlachecki uzurpowane) założył w Monachium swego rodzaju oddział Germanenorden (Zakonu Germanów) – okultystycznej i antysemickiej organizacji. Decyduje się odciąć od prawicowych konotacji nazwy sekty – matki (w obawie przed socjalistami), zmieniając nazwę swego stowarzyszenia na Thule Gesellschaft (Towarzystwo Thule; Thule miała być legendarną wyspą na krańcach północnego świata) i przyjmując swastykę jako jego symbol. Członkowie tej „loży”, jako typowi reakcjoniści, czynnie angażowali się w walkę z komunizmem Bawarskiej Republiki Rad. Jednak w 1919 roku von Sebottendorff, dostrzegając potencjał mas robotniczych, wyszedł do nich z ofertą i przyczynił się do założenia DAP – Deutsche Arbeiterpartei (Niemiecka Partia Robotników). Nie odnosiła ona początkowo spektakularnych sukcesów. Po roku konspiracyjnego funkcjonowania pojawia się w niej Adolf Hitler (jako wojskowy konfident) i szybko przejmuje stery DAP. Marginalizuje dotychczasowych przywódców, Drexlera i Harrera, wyprowadzając stronnictwo z „podziemia”.

Przyszły Fuhrer często krytykował tajny i sekciarski charakter partii oraz stojącego za nią Towarzystwa Thule. Marzyła mu się partia masowa, a nie elitarny zakon. Będąc za młodu wiedeńczykiem podziwiał potencjał ludzki… partii socjaldemokratycznej. W przeciwieństwie do garstki dziwaków i bezideowych robotników myślał kategoriami nie reakcyjnymi, lecz raczej rewolucyjnymi. Marzył mu się zryw narodu, z określonym celem, określonym wrogiem, co miało zostać zwieńczone stworzeniem nowego, lepszego świata – poprzez walkę. Bynajmniej nie chodziło mu o restytucję tradycyjnych wartości i podstaw kulturowych. To właśnie to rewolucyjne myślenie, takie postrzeganie praktyki politycznej i wyraźne potępienie dotychczasowych stosunków społecznych, przyczyniło się do dodania do nazwy partii słowa „narodowo-socjalistyczna”. Nie bez powodu nastąpiło to już pod zarządem i nadzorem Adolfa Hitlera.

„Czarny front”   

NSDAP szybko urosło na znaczeniu w lokalnym środowisku politycznym – przede wszystkim dzięki postaci kapitana Ernsta Rohma, powiązanego z paramilitarnymi Freikorpsami, jak również w następstwie efektownych wystąpień Hitlera. Fuhrer (ten tytuł przyjął już jako lider ugrupowania) zaczął przyciągać do partii ludzi takich jak wspomniany oficer Rohm – o lewicowych preferencjach gospodarczych i społecznych. Jego weterani bojówek nacjonalistycznych szybko zostali przekuci w nową formację – Sturmabteilungen (SA), którą niepodzielnie władał Rohm. Zajmowała się ona ochroną wieców i bójkami ulicznymi z oponentami politycznymi.

Partia, zgodnie z nową nazwą, przybrała ściśle rewolucyjno – narodowy charakter. Krytykowała burżuazję i kapitalizm, utożsamiając te pojęcia z żydowską finansjerą. Oprócz Ernsta Rohma, który był człowiekiem czynu, stricte socjalistyczny nurt w stronnictwie reprezentowali bracia Strasserowie: Otto i Gregor. Ten drugi (do NSDAP wstąpił jeszcze w 1920 r.) był bliskim przyjacielem Hitlera. Aż do 1923 roku nie dochodziło do tarć ideologicznych między nazistami; co więcej, panowała wśród nich niemal jednomyślna doktrynalna zgodność. Wszystko zmienił pucz monachijski. Bracia Strasserowie uniknęli wyroków i kontynuowali działalność, zrzeszając pozostawionych bez przywództwa narodowych socjalistów, podczas gdy Adolf Hitler i wielu jego stronników pozostawało w więzieniach. „Strasseryści”, jako ideowi socjaliści narodowi, skupili się na nacjonalistyczno-lewicowej agitacji wśród robotników. Przenosząc swój sztab na północ, do Nadrenii, wyprowadzili lokalną bawarską organizację na arenę ogólnokrajową. I pozyskali szereg anty-internacjonalistycznych działaczy socjalistycznych, między innymi… dra Josepha Goebbelsa.

Ten płodny dziennikarz już w okresie młodzieńczym określał siebie jako rewolucyjnego antykapitalistę i antyklerykała. Tacy ludzi byli przyjmowani do partii nazistowskiej z otwartymi ramionami – szczególnie jeśli wyznawali przy tym zwierzęcy antysemityzm (wbrew pozorom to trzecie uprzedzenie często nie wykluczało pierwszych dwóch fobii). Goebbels szybko stał się prawą ręką Strasserów, przodującym w słownych atakach na Żydów, burżujów i księży. Nie był jedynym przyszłym prominentem w ówczesnym środowisku lewicy NSDAP; adiutantem Strassera był nie kto inny jak Heinrich Himmler, kojarzony raczej z „okultystyczną” frakcją partii. Jak widać, trudno było w tym radykalnym stronnictwie o jakichkolwiek konserwatystów czy innych reprezentantów tradycyjnej prawicy – nawet fani germańskich run i mistyki mieli socjalistyczne zacięcie doktrynalne.

Konflikt Strasserów z Hitlerem rozgorzał, moim zdaniem, nie tyle ze względów ideowych, co personalnych. Względy doktrynalne wykorzystano w tym przypadku w czysto instrumentalny sposób, by uzasadnić swoje „pretensje do tronu”. Bracia, pod nieobecność dyktatorskiego przywódcy NSDAP, przejęli de facto rządy w partii. Gdy ich były przyjaciel Adolf wyszedł w grudniu 1924 r. z więzienia, jedna i druga strona wiedziała, że nadszedł punkt kulminacyjny jeśli idzie o władzę w ugrupowaniu. Strasserowie, mając ku temu więcej środków, zadziałali pierwsi: w 1925 roku zwołali zebranie stronnictwa w Hannowerze, na którym przeforsowali nowy, jeszcze bardziej socjalistyczny program niż oryginalny z roku 1920. Wysłannik ledwo co uwolnionego Hitlera, wraz z jego jedynym sprzymierzeńcem (choć zadeklarowanym socjalistą) Robertem Ley’em, nie mogli nic przeciw temu zrobić. Najzagorzalszym wrogiem dotychczasowego Fuhrera był przyszły minister propagandy Goebbels, który zaatakował go, co może się nam nie mieścić w głowach, następującymi słowami: „W tych okolicznościach stawiam wniosek, by z NSDAP wykluczyć drobnomieszczanina (!) Adolfa Hitlera!”.

Tenże „drobnomieszczanin” również postanowił działać natychmiast. Sprzeciwił się lewicującemu „strasseryzmowi”, opowiadając się za większym wsparciem programowym klasy średniej. Oparł się na większości towarzyszy więziennych i monachijskiej kolebce organizacji. Rozłam w partii stał się faktem. Do konfrontacji miało dojść na zwołanej w celu reintegracji nazistów konferencji w Bambergu. Tyrolczyk przybył tam z przewagą liczebną – między innymi ze Streicherem i… trzema automobilami z bojówkarzami, podczas gdy „północ” reprezentowali praktycznie jedynie Gregor Strasser i Goebbels. Hitler porwał salę swym przemówieniem. Niespodziewanie poparł go tchórzliwy towarzysz Gregora, wyrzekając się swych wcześniejszych poglądów… . Od tej pory dr Joseph, popierany przez Fuhrera, piął się w górę w hierarchii NSDAP, a potem w rządzie. Warto nadmienić, że większość „północnych” socjalistów, po samokrytyce, również zrobiło kariery w III Rzeszy – co tylko potwierdza ambicjonalne podłoże konfliktu hitlerowsko-strasserowskiego. Socjalizm nadal był mile widziany w omawianej „prawicowej” partii.

Sami Strasserowie nie rozstali się ze stronnictwem, nadal współpracując z Hitlerem. Zamrożone animozje odżyły w latach 1930-32, gdy zubożałe NSDAP dochodziło do siebie po nieudanych wyborach. Fuhrer zdecydował się na sojusz z finansjerą i przemysłem (w postaci finansistów Schachta i Thyssena). Bracia ogłosili wówczas przywódcę narodowego socjalizmu „pachołkiem kapitalizmu”, domagając się zainicjowania społecznej rewolucji w Niemczech. Do takiego momentu musiało dojść – dla Adolfa Hitlera priorytetem od zawsze była władza i siła, dla Strasserów zaś rewolucja. Potencjalni sojusznicy tych drugich, Rohm i jego SA, powoli tracili swój rewolucyjny impet na rzecz zdyscyplinowanego SS (Schutzstaffeln) z Himmlerem na czele. Radykalny Otto na łamach swych gazet zaczął lansować hasło: „socjaliści opuszczają NSDAP”, do którego się zastosował. Gregor pozostał w partii – Hitlerowi udało się rzucić pomiędzy braci kości niezgody, co próbował uczynić już od dawna. Otto utworzył „opozycyjne” ugrupowanie narodowo-socjalistyczne: „Czarny Front”. Do największych starć „brunatnych” nazistów z „czarnymi” nazistami dochodziło w następnych latach w Berlinie i w Gdańsku, wygrywanych zawsze przez tych pierwszych. Po przejęciu władzy przez Hitlera w Niemczech Otto Strasser opuścił kraj. Gregorowi pozostanie w NSDAP nie opłaciło się: pomiędzy rozmowami koalicyjnymi w 1932, za namową Goebbelsa, Fuhrer uznał go za zdrajcę, po czym wyrzucił go z partii. Niespełna dwa lata później Gregor Strasser został pojmany podczas tzw. nocy długich noży i (podobnie jak Ernst Rohm) stracony – wykonawcą rozkazu był jego były adiutant Heinrich Himmler, a bezpośrednio dokonali tego osławieni Reynhard Heydrich i Teodor Eicke.

Podsumowując: pomimo nocy długich noży, większość socjalistów pozostało w NSDAP, robiąc kariery w aparacie III Rzeszy (głównie w ministerstwie pracy i w Niemieckim Froncie Pracy). To argument za tym, że rozprawa Hitlera ze Strasserami – podobnie jak eliminacja Rohma i dowództwa SA – miała charakter personalny, a nie ideologiczny. Wydaje się więc, że lewicowe podejście do spraw społecznych było integralną częścią nazistowskiej ideologii, i niewykluczone że miało ogromny wpływ na goebbelsowską ideę wojny totalnej, planowane czystki etniczne i wiele innych zbrodniczych jej aspektów w praktyce.