Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Marcin Sanak  31 grudnia 2013

Sanak: Rok dwóch papieży

Marcin Sanak  31 grudnia 2013
przeczytanie zajmie 5 min
Sanak: Rok dwóch papieży Facebook/ ks. Guido Marini

Kościół zapamięta 2013 jako rok dwóch papieży. W lutym, po ogłoszeniu abdykacji przez Benedykta XVI, odnoszono wrażenie, że rozpętała się nad nim gwałtowna burza. Wraz z wyborem Franciszka chmury niepokoju rozstąpiły się, ale osobowość nowego Piotra sprawia, że niemal co kilka dni słychać donośny grzmot.

Ustąpienie Benedykta XVI było z pewnością najbardziej zaskakującym wydarzeniem roku, choć o prawdopodobieństwie abdykacji Ratzingera mówiło się od lat. Gdy opadły emocje, pojawiły się pytania, czy ustąpienie było konieczne oraz jak odbije się na życiu wspólnoty. Towarzyszące im komentarze mediów przekonywały, że abdykacja jest wyrazem kryzysu Kościoła, ucieczką czy wręcz Piotrowym aktem zaparcia się Boga. Zachodni dziennikarze i publicyści niemal jednogłośnie stwierdzili, że to jedyne wydarzenie, dzięki któremu postać Benedykta XVI zostanie zapamiętana, czym pokazywali nieznajomość papieskiego nauczania i niezrozumienie dla wielu przełomowych posunięć biskupa Rzymu. Z perspektywy niemal 10 miesięcy od abdykacji można stwierdzić, że rezygnacja Benedykta i okres sediswakancji nie zatrzęsły posadami Kościoła. Papież wybrał dobry czas; trwał Wielki Post, okres modlitwy, pokuty, w mijającym roku także wzmożonego poczucia odpowiedzialności wiernych za Kościół. Zdjęcia i nagrania papieża z jego domu w Ogrodach Watykańskich ukazują nam człowieka wątłego, wychudzonego, powoli poruszającego się, lecz w dużo lepszej kondycji niż Jan Paweł II w ostatnich latach życia. Częściowo zrozumiały wydaje się więc żal tych, którzy wciąż pragnęliby widzieć Ratzingera na Stolicy Piotrowej.

Abdykacja papieska prowadzi do kilku wniosków. Po pierwsze, pomimo teologicznego zacięcia, Benedykt jest pragmatykiem. Nie przekonywała go wizja papieża, który pełni posługę także poprzez cierpienie, jak mówiono o jego schorowanym poprzedniku. Był świadomy tego, że sprawowana przez niego władza stałaby się w następnych latach złudzeniem; być może już wówczas, m.in. w związku z aferą Vatileaks, zdawał sobie sprawę z istnienia „kretów” i „szarych eminencji”, promujących ważne dla nich sprawy i wykonujących określone plany (zwłaszcza, że konserwatyzm papieża zdobył sobie wielu wrogów w Stolicy Apostolskiej). Po drugie, Benedykt XVI jest człowiekiem z pewną tendencją do ucieczki (przy czym słowo „ucieczka” w tym przypadku nie powinno być odbierane całkowicie pejoratywnie). Człowiek dobrze znający biografię Ratzingera szybko dostrzeże jego zdecydowanie i konsekwencję, ale także wrażliwość, brak wytrzymałości wobec silnych ataków oraz większe zamiłowanie do pracy intelektualnej i teoretyzowania niż do bezpośrednich kontaktów z masami czy obsadzania urzędów. Papieski życiorys obfituje w „ucieczki” tam, gdzie pojawiają się zła atmosfera, zagrożenie czy po prostu chęć powrotu do domowych pieleszy. Po trzecie, Benedykt poprzez abdykację jeszcze raz ujawnił swoją wielkość, realizującą się w umiejętności dostrzeżenia własnych ułomności, pokorne przyznanie, że w historii Kościoła są papieże wielcy i przeciętni, a on zalicza się do tej drugiej kategorii (z czym jednak nie można się zgodzić). Papież potrafił się wycofać, uniżyć, zrobić miejsce dla człowieka bardziej energicznego; tym samym okazał prawdziwą skromność, pokorę i bezwarunkowe zaufanie Bogu. 

Benedykt XVI wzmocnił Kościół encyklikami i katechezami z najwyższej teologicznej półki. Z kolei nowo wybrany Franciszek położył nacisk na proste, codzienne przekazywanie Słowa Bożego i bezpośredni kontakt z drugim człowiekiem. Były metropolita Buenos Aires jest człowiekiem nieprzewidywalnym, wielkiego formatu, choć wielkość niekoniecznie oznacza bezbłędność i roztropność we wszystkim, co się czyni i mówi. Franciszka trudno „rozgryźć”; pełnowymiarowe ujęcie posługi i osobowości nowego papieża jest niezwykle wymagającym zadaniem, stąd skupię się tylko na budzącym emocje wątku powszechnego odbioru pontyfikatu. 

Już w pierwszych miesiącach posługi można było dostrzec, jak bardzo otwartość, fotogeniczność i silna charyzma Franciszka będą eksploatowane przez media. Wyraźnie rzucał się w oczy rozdźwięk między tym, jakiego papieża chcą widzieć środki masowego przekazu i „postępowy” świat, a tym, co papież mówi w rzeczywistości. Sądziłem, że analogicznie wobec słów Benedykta XVI odnośnie Vaticanum II, o istnieniu „soboru mediów” i „soboru prawdziwego”, można stwierdzić, że istnieją obok siebie „Franciszek mediów” i „Franciszek prawdziwy”. Ten pierwszy, stworzony „na obraz i podobieństwo” ludzi, który (zgodnie z kościelnym prawem Murphy’ego) choć sami są najmniej posprzątani, to najchętniej reformują Kościół, ma na celu tworzenie sensacji i poprawianie nastroju ludzi niezdolnych do osobistego nawrócenia. Jednak to ten drugi mówi rzeczy niewygodne: przypomina o potrzebie wyzwolenia z „ducha światowości” i nieodzowności dźwigania krzyża w chrześcijańskiej drodze do świętości, twierdzi, że znalezienie Jezusa poza Kościołem jest niemożliwe, potępia lobby gejowskie i masońskie, odrzuca postulat dopuszczenia kobiet do święceń kapłańskich. Można było dostrzec, że takiej widzialnej głowy Kościoła progresiści już nie chcą. Wolą swojego, wymyślonego papieża, dogadzającego ich rojeniom.

Jednak po kilku miesiącach pontyfikatu przyznałem ze smutkiem (przy zachowaniu dalszego krytycyzmu wobec środków masowego przekazu), że „Franciszek mediów” nie wziął się całkiem znikąd. Papież Bergoglio zarówno w swoich słowach, jak i czynach często daje do zrozumienia, że idzie „nowe”, a Kościół musi się zmienić oraz odrzucić rzeczy drugorzędne, zwłaszcza będące rzekomymi pozostałościami po „epoce konstantyńskiej”. Manifestacyjne łamanie pewnego protokołu zachowania, odrzucanie niektórych elementów papieskiego stroju czy też nieprecyzyjne wypowiedzi w kwestiach doktryny, wywoływały zachwyt mediów i kierowanych przez nie mas, ale w długofalowej perspektywie przynoszą smutne efekty. Mit papieża „antytradycjonalisty”, który „wszystko zmieni i zrobi porządek”, połączony z ciążeniem zachodniego katolicyzmu ku relatywnemu popchrześcijaństwu, karmi w dużym stopniu zwolenników hermeneutyki zerwania i spirytualistycznych utopistów. Od czasu do czasu słychać więc mentalnych joachimitów, głoszących, że nadeszła epoka czystej Ewangelii i Ducha Świętego, a więc czas odrzucenia jurydyzmu i utartych schematów, które miały się ukształtować na przestrzeni wieków, a obecnie przeszkadzają w ewangelizacji. Co jednak zadziwiające, zaczynają oni od postulatów odrzucenia przesadnego bogactwa w liturgii, ale kończą na apelach o większą otwartość na antykoncepcję. Wynika to z prostego faktu, że w Kościele nie ma rzeczy „drugorzędnych”, a „istota chrześcijaństwa”, która pozostaje po odrzuceniu rzekomych „zaciemniaczy”, jest tylko pustym frazesem. Papież być może nie do końca jest świadomy, że swymi słowami i gestami dowartościowuje „rewolucjonistów” zamiast budowniczych organicznej ciągłości w zakresie doktryny i kultu. Chyba nie zdaje sobie także sprawy ze znaczenia formy i symbolu w ludzkiej podświadomości, zapominając o ich roli jako nośników tożsamości i pamięci wspólnoty.

A jednak, oceniając posługę papieża i chcąc pozostać sprawiedliwym, warto także powtórzyć słowa o. Jarosława Kupczaka OP, który na swoim blogu podkreślił, że mimo minusów, czyny i słowa papieża są szczere i autentyczne. „Nawet jeśli brak jest w tych gestach pewnej konsekwencji, nawet jeśli są one wątpliwe teologicznie, to u ich źródła jest autentyczny szacunek i miłość do każdego człowieka”. Franciszek pragnie, może nawet jeszcze bardziej niż Jan Paweł II, być „proboszczem całego świata”. To jednak zbyt mało, by być dobrym papieżem. Bliskość wobec wiernych to tylko jeden aspekt posługi biskupa Rzymu, niewątpliwie ważny i budzący miłe odczucia. Muszą mu jednak towarzyszyć także inne, których fundamentem jest roztropność przy operowaniu słowem, gestem i symbolem. „Zmiana” nie jest bowiem dobrem samym w sobie, a „raban” bez czynienia go z głową przemienia się w pusty aktywizm. Oby papież pamiętał o tym w nowym roku swojej posługi.