Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Marcin Suskiewicz, Piotr Wójcik  23 grudnia 2013

M. Suskiewicz, Wójcik: Bóg w jaskini

Marcin Suskiewicz, Piotr Wójcik  23 grudnia 2013
przeczytanie zajmie 9 min
M. Suskiewicz, Wójcik: Bóg w jaskini Giorgione "Adoracja pasterzy".

Wójcik: „Betlejem jest zdecydowanie miejscem, gdzie spotykają się skrajności” napisał G.K. Chesterton w rozdziale „Bóg w jaskini” swojego słynnego dzieła pt. „Wiekuisty człowiek”. Ciężko się z tym nie zgodzić, podobnie jak trudno nie dostrzec, że całe chrześcijaństwo jest płaszczyzną łączącą skrajności, platformą, dzięki której sprzeczności wydawałoby się nie do pogodzenia doskonale się dopełniają, religią pełną paradoksów, a mimo to (albo należałoby powiedzieć: właśnie dlatego) tak celnie i prawdziwie opisującą świat.  W scenie Bożych narodzin te paradoksy i sprzeczności można wymieniać jednym tchem. Wszechmocny Bóg staje się bezbronnym dzieckiem urodzonym we współcześnie byśmy powiedzieli stajni, za jaką służyły w owym czasie w Palestynie rozpadliny skalne. Surowy starotestamentowy Bóg pojawia się na ziemskim padole w pełnej łagodności scenie narodzin. Wreszcie Stwórca świata i człowieka staje się dzieckiem, którego właśnie człowiek ma za zadanie owego świata nauczyć, by samemu móc potem odebrać od Niego fundamentalną naukę. Nie może być większego paradoksu ponad ten, w którym człowiek rodzi swojego Stwórcę. Czyż może być trwalsze przymierze między Bogiem, a człowiekiem, niż takie, w którym  dla dobra człowieka Bóg odwraca role i sam staje się dzieckiem, a człowiek jego rodzicem? 

M. Suskiewicz: Masz rację, myślę, że to jest centralny punkt tego rozdziału: paradoksalność Wcielenia, pozorna niedorzeczność faktu, że, jak to ująłeś „Stwórca świata i człowieka staje się dzieckiem”, czy też, wedle słów Chestertona, „ręce, które stworzyły słońce i gwiazdy, były za małe, by dosięgnąć ogromnych łbów zwierząt”. Kilka rzeczy tutaj zwróciło moją uwagę, może wymienię trzy z nich. Pierwsza, najważniejsza: że to oddanie się Boga w ludzkie ręce – które zaczyna się w betlejemskim żłobie, a kończy na krzyżu – jest najbardziej niesamowitym sposobem zawiązania przymierza, jaki można sobie wyobrazić. Dlatego samo wspomnienie Bożego Narodzenia napełnia nas szczególną wdzięcznością i łagodnością; dlatego święto to upływa pod znakiem czułości. Druga rzecz: słowo „paradoks”. Wielu zwracało uwagę na zamiłowanie Chestertona do paradoksu, nazywano go nawet wprost „mistrzem paradoksu”. Mówiąc o Wcieleniu Chesterton też używa właśnie tej kategorii. Ale co to znaczy, że prawda wiary – prawda! – jest paradoksem? Czy należy to rozumieć tak, że zawiera ona w sobie treści wzajemnie się wykluczające, że jest sprzecznością? Istnieje w chrześcijaństwie nurt, który chętnie podkreśla paradoksalność naszej wiary. Jego przykładem jest choćby Kierkegaard, który fragment ewangelii św. Łukasza o „znaku, któremu sprzeciwiać się będą” (2,34) rozumiał w ten sposób, że przyjście Jezusa jest sprzecznością, czymś jakby irracjonalnym. „W Piśmie Bóg-człowiek nazywany jest znakiem sprzeczności” – pisał Duńczyk we „Wprawkach do chrześcijaństwa”  (naciągając nieco, dodam zakres znaczeniowy greckiego słowa antilegomenon, które oznacza: „któremu będzie się zaprzeczać, z którym będzie się polemizować”). „Znak sprzeczności […] to znak, który zawiera w sobie sprzeczność” – to też Kierkegaard. Wiara i rozum stoją więc na dwóch przeciwległych biegunach; nie ma zgody między nimi, albo jedno, albo drugie. Między Jerozolimą, a Atenami wyziera przepaść.

Ale Chesterton nie należy chyba do tej tradycji – jego mistrzem jest przecież św. Tomasz z Akwinu. Chodzi więc chyba o paradoks w znaczeniu, jakie nadają mu współczesne słowniki: „coś pozornie sprzecznego, niemożliwego”. I tu pojawia się trzecia rzecz: pewien „antyrealizm” Chestertona. Przez „antyrealizm” rozumiem takie podejście, zgodnie z którym to, co nam się wydaje, że jest prawdą – nie zawsze nią jest. Pozory mylą! Coś może być pozornie sprzeczne, a w rzeczywistości – zupełnie racjonalne i prawdziwe (dlatego właśnie – dlatego, że pozory mylą – czasem potrzeba, jak zauważyłeś, paradoksu by „celnie i prawdziwie opisać świat”). Albo na odwrót – coś może wydawać się prawdą, a nią nie być. Nie jesteśmy aniołami, którym dana jest możliwość bezpośredniego dostępu do prawdy ponad językiem, ponad czasem, ponad historią. Nasze ludzkie poznanie, choć ukierunkowane na prawdę, jednocześnie uwarunkowane jest wieloma czynnikami, choćby tym, co już uprzednio wiemy (albo co wydaje nam się, że wiemy). Na przykład przyzwyczajeni jesteśmy raczej – zwłaszcza my, dzieci współczesności – do świata całkowicie świeckiego i w kontakcie z nadprzyrodzonością, by użyć porównania Maritaina, ślepniemy niczym sowa, której zaświecił w oczy poranek. Wcielenie jednak – gdy uznamy jego fakt – jest w stanie rozszerzyć nam nasze sowie oczy, powiększyć ciasne ramy naszego świeckiego umysłu. Szczególnie, gdy dowiadujemy się o nim już w dzieciństwie. To według mnie jeden z ciekawszych fragmentów tego rozdziału: gdy Chesterton pisze, że dziecko, które dowiaduje się o Wcieleniu, inaczej się potem rozwija. Między dzieckiem, które przeżyło Boże Narodzenie, a innymi dziećmi istnieje „różnica psychologiczna, trwalsza niż jakikolwiek teologie”, ma ono bowiem „raz na zawsze utrwalony w myślach, czy mu się podoba czy nie, związek dwóch wyobrażeń, które dla większości ludzi są bardzo odległe: wyobrażenia dziecka i wyobrażenia nieznanej siły podtrzymującej gwiazdy”. To nie jest wcale połączenie naturalne, dodaje Chesterton: „Związek małego dziecka z Bogiem nie jest bardziej nieuchronny niż związek małego kotka z grawitacją”. Ale – taką, być może kontrowersyjną tezę stawia Chesterton – nasza cywilizacja dlatego poszła w takim, a nie innym kierunku – na przykład zniosła niewolnictwo – że ten związek utrwalił się w umysłach Europejczyków. Nie była to przy tym kwestia chłodnej logicznej konkluzji z powszedniego doświadczenia, nie było to proste posłuszeństwo wrodzonym, ludzkim intuicjom moralnym – tu wydarzyło się coś, co zmieniło zakres tego, co uznawaliśmy za możliwe, za oczywiste, i pozwoliło wyciągać nowe, inne konkluzje – między innymi tę radosną konkluzję, że świat jest mimo wszystko dobrym i przyjaznym domem. Bez tego przekonania nie byłoby ciepła i spokoju Bożego Narodzenia.

Wójcik: Zanim wrócimy do „Boga w jaskini” zatrzymam się jeszcze na wątku paradoksu chrześcijaństwa. I jak na chrześcijanina przystało paradoksem też odpowiem. A więc, muszę się z Tobą zgodzić, by móc się z Tobą nie zgodzić, Marcinie. Niewątpliwie paradoks w chrześcijaństwie należy rozumieć tak właśnie, jak to przedstawiłeś – jako coś pozornie sprzecznego, a w istocie przedstawiającego głębię rzeczywistości. Trudno mi jednak przyznać, że Kierkegaard inaczej rozumiał paradoks niż Chesterton – obaj przedstawiali lub też używali go właśnie w tym celu, by pokazać esencję porządku i wiary ukryte pod zwałami pozorów. By wskazać nam fakt, że uwikłanie w pozorne sprzeczności, na jakie skazany jest człowiek wierzący, jest jedyną rozsądną postawą wobec świata. Nie chcę być gołosłowny, więc wesprę się „Sokratesem Północy”: „Wzrastanie w sensie duchowym oznacza stawanie się nie większym, lecz mniejszym.” Czyż to nie esencja duchowości? A zarazem wyraźny paradoks? Wzrastanie oznaczające zmniejszanie. Czy może być paradoks lepiej określający religię, której triumf nastąpił w wyniku ukrzyżowania Syna Bożego? Której wywyższenie nastąpiło dzięki temu, że Bóg sam zaproponował swoje poniżenie? Przecież tego właśnie chrześcijaństwo nas uczy, że swą siłę możemy najlepiej ukazać poprzez powstrzymanie się od jej użycia. I tą paradoksalną esencję chrześcijaństwa wspaniale wydobywa Kierkegaard powyższymi słowami. Kolejny cytat :  „W wierze zawarty jest z jednej strony wyraz najwyższego egoizmu, a z drugiej najwyższego oddania.”  Tu także Duńczyk odsłania przed nami prawdę dotyczącą wiary, tak często przytaczaną, że prawdziwie odzyskać samego siebie można tylko poprzez wyrzeczenie się siebie samego. Zrywamy ze sobą dla własnego dobra. A więc to nierozerwalnie związane z wiarą samowyrzeczenie staje się wtedy, paradoksalnie, najwyższą formą egoizmu. W moim odczuciu Chesterton oraz Kierkegaard w celnym opisywaniu świata i naszej wiary za pomocą paradoksu byli do siebie bardzo podobni.

A dlaczego paradoks może tak silnie oddziaływać i tak celnie trafiać? Ponieważ pozorne sprzeczności ułożone w logiczny ciąg powodują ferment duchowy i intelektualny, pomagają zrzucić klapki z oczu i spojrzeć, oczywiście wciąż w sposób bardzo niedoskonały, na głębię rzeczywistości. Jej prawdziwej istoty w tym życiu nigdy nie dostrzeżemy, o tym pisał św. Paweł w Liście do Koryntian: „Teraz widzimy niewyraźnie jak w zwierciadle, potem będziemy oglądać twarzą w twarz. Teraz poznaję po części, potem poznam tak, jak sam zostałem poznany.” Od strony epistemologicznej, jak celnie zauważyłeś, jesteśmy uwikłani z wielu stron – negatywnie, choćby przez nasze ograniczone zmysły, ale też fałszywe wyobrażenia, które sobie tworzymy; pozytywnie choćby poprzez tradycję, w której się wychowaliśmy i która pomaga nam poruszać się po rzeczywistości (to znakomicie opisał MacIntyre). Paradoksy naszej wiary paradoksalnie pomagają nam lepiej rozumieć świat. W sumie to nic dziwnego, skoro, jak to określił właśnie Chesterton, jedynie w chrześcijaństwie Bóg przez moment wydawał się być ateistą. Ale to już paradoks odnoszący się do wielkopiątkowych wydarzeń, a skoro mamy grudzień, wróćmy do Bożego Narodzenia i „Boga w jaskini”.

M. Suskiewicz: To może teraz przywołam inny, też pełen treści, fragment tego rozdziału: „Zarówno dla mitologii, jak i dla filozofii była ona [wieść o przyjściu na świat Boga-człowieka] uzupełnieniem tego, co niepełne”. A więc chrześcijaństwo było wyzwaniem – i ratunkiem! – zarówno dla tych, którzy, nie troszcząc się szczególnie o prawdę w mocnym tego słowa rozumieniu, szukali, jak mówi Chesterton, „opowieści”, jak i dla tych, którzy, porzucając „opowieść”, szukali jedynie „prawdy o świecie”. Z jednej strony więc tym, którzy, żyjąc w świecie baśni, mitów, opowieści, narracji, gier językowych, powiedzmy zbiorczo: w świecie słowa – a więc członkom afrykańskich plemion, ale też współczesnym wittgensteinistom, postmodernistom, zwolennikom radykalnych form teologii narracyjnej, miłośnikom literatury, dla których najważniejsza jest porywająca opowieść, miłośnikom sztuki, których do chrześcijaństwa przyciąga jedynie zewnętrzne piękno liturgii, wszystkim tym sympatycznym typom ludzkim – chrześcijaństwo stawia przed oczami Słowo, które stało się ciałem. Mamy więc mit, ale mit, który wydarzył się naprawdę, sen, ale „sen, który się ziścił” (słowa Chestertona), rytuał, ale rytuał, który uskutecznia to, co symbolizuje, grę językową, ale grę na śmierć i życie (wieczne). Mamy opowieść, ale opowieść, która – przez to, że prawdziwa – jest tyleż piękniejszą, co groźniejszą od innych. Groźniejszą, bo nie można jej zignorować, nie można jej też całkiem dowolnie przeinterpretować, zmodyfikować. Fakty to są – nawet zakładając pewien „antyrealizm” – fakty. Ciało stawia pewne ograniczenia, których w świecie słowa nie ma.

Z drugiej strony jednak chrześcijaństwo jest wyzwaniem dla tych, którzy poszukiwali czy poszukują prawdy w (pozornym) oderwaniu od wszelkiej opowieści, np. radykalnych scjentystów. Dla nich – choć to może stereotyp – prawda jest przeciwieństwem opowieści, przeciwieństwem nadziei, przeciwieństwem sensu w ludzkim rozumieniu tego słowa – a nauka i filozofia sprowadza się czasem do tego, by kolejne sfery rzeczywistości, w której żyjemy, okazywały się tylko tym bądź tamtym – tylko psychologiczną projekcją, tylko wypadkową przypadkowych zderzeń atomów, tylko stanem mózgu, tylko wynikiem kwantowej fluktuacji itd., gdzie to „tylko” jest, choćby podświadomie, rozumiane jako: „a więc nie jest tym, czym miałeś nadzieję, że jest, szukając sensu w świecie, naiwny człowiecze”. Ale jeśli Słowo staje się ciałem, to ciało – ciekawe, że termin ten ma także naukowe konotacje, fizyczne i biologiczne – czymkolwiek ono jest według tej czy innej dziedziny nauki, jest równocześnie częścią wielkiej opowieści, rozpoczynającej się stworzeniem, kończącej w Nowym Jeruzalem, a osiągającej punkt kulminacyjny we Wcieleniu. Ostatecznym sensem matematycznych równań, fizycznych regularności, biologicznych praw, psychologicznych mechanizmów jest ta sama Boża miłość, która prześwieca karty Pisma Świętego – i która jest również ostatecznym sensem wszystkich mitów i narracji. Ale to oczywiście nie znaczy, że prawda chrześcijaństwa czyni te wszystkie starania „ludzi słowa” z jednej strony i „ludzi ciała”, że tak określę naszych scjentystów – z drugiej – niepotrzebnymi, wręcz przeciwnie.

Wójcik: Niewątpliwie także od strony opowieści chrześcijaństwo pokazuje swą niezwykłą siłę. Historie chrześcijańskie uderzają celnie niczym Wilhelm Tell strzelający z kuszy i dzięki temu właśnie, jak zauważyłeś, potrafią przemówić zarówno do zwolenników „szkiełka i oka”, jak i do tych, którzy większą wagę przywiązują do porywów serca i wyobraźni. A przecież możemy się często spotkać z zarzutami o rzekomej infantylności wyobrażeń chrześcijańskich, której najczęściej przykładem jest Bóg jako stary mędrzec z brodą na tronie. Najlepiej te teorie skwitował C. S. Lewis w pewnej anegdocie, którą przytoczył w „Cudach”. Otóż jego wychowywana w postępowej rodzinie znajoma od małego była uczona przez oświeconych rodziców, że Bóg to nieuchwytna substancja wypełniająca całą rzeczywistość. W konsekwencji tych „nauk” pozostało w dziewczynie ukształtowane w dzieciństwie wyobrażenie Boga jako… rozlanego budyniu. Sami możemy sobie odpowiedzieć co jest rozsądniejszym wyobrażeniem Boga – tradycyjny mędrzec na tronie czy postępowy rozlany budyń.

Geniusz chrześcijaństwa polega także na tym, że nawet niereformowalni materialiści, których do wiary nie przekonałby sam św. Tomasz z Akwinu, „ten, który wyłożył całą naukowość, racjonalność, a nawet racjonalizm chrześcijaństwa” (Chesterton), mogą z historii biblijnych wydobywać esencję rzeczywistości. Dzięki temu pod dachem Kościoła schronienie znajdują, jak to pięknie określiłeś, zarówno zwolennicy słowa jak i ciała. W historii Bożego Narodzenia tych pierwszych symbolizują zapatrzeni w gwiazdy pasterze, tych drugich – trzech mędrców/filozofów: Melchior, Kacper i Baltazar, uosabiający całą ówczesną mądrość, od świata antycznego aż po Daleki Wschód.  „Reprezentowaliby oni ten sam ludzki ideał, gdyby ich imiona brzmiały: Konfucjusz, Pitagoras, Platon” – to także Chesterton. Ci mędrcy w poszukiwaniu prawdy i wiedzy zawędrowali wprost na spotkanie z Bogiem, a ich mądrość polegała na tym, że nawet jeśli nie do końca rozumieli wydarzenia, których byli świadkami, wyczuwali, że mają one jedyne w swoim rodzaju znaczenie. I poddali się tej chwili. Znaczenie tej historii trudno przecenić. Bóg rodzący się nie w pałacu, lecz w stajni, daje jasno do zrozumienia, że jest Bogiem wszystkich, także tych biednych i wykluczonych. Chesterton podkreśla to bardzo dobitnie: „Na próżno próbowalibyśmy powiedzieć cos adekwatnego albo coś nowego o wpływie, jaki koncepcja bóstwa urodzonego poza nawiasem społeczeństwa, a nawet wyjętego spod prawa, wywarła na całą koncepcję prawa i jego obowiązki względem ubogich i odrzuconych”. Symbolem tego jest wolne miejsce przy stole wigilijnym, które większość z nas pozostawia dla zagubionego w świecie lub w sobie wędrowca. O tych ubogich i odrzuconych nie zapomnijmy podczas przeżywania tegorocznych świąt. I nieważne czy jesteśmy „ludźmi języka” czy „ludźmi ciała” – dajmy się pochłonąć Bożemu Narodzeniu, tak jak to zrobili zapatrzeni w gwiazdy pasterze i poszukujący mądrości trzej królowie, którym Bóg pozwolił się spotkać około dwa tysiące lat temu w Betlejem.