Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Marcin Sanak  27 listopada 2013

Sanak: Bądźmy jak Maria i Marta

Marcin Sanak  27 listopada 2013
przeczytanie zajmie 4 min
Sanak: Bądźmy jak Maria i Marta zasoby własne

Warto, by także dzisiejsi chrześcijanie wsłuchali się w sugestię Ojców Kościoła, by służyć jak Marta i kontemplować jak Maria, nie zaniedbując żadnego z tych aspektów życia.

W XIX w. zakon dominikański zmagał się z prawdopodobnie największym w swych dziejach kryzysem. Stagnacja życia naukowego i marazm duchowy były widoczne już w poprzednim stuleciu; po rewolucji francuskiej, która otwarła furtkę dla liberalnych prądów w życiu społeczeństw, sytuacja okazała się jeszcze gorsza. Nastała era bezwzględnego prześladowania instytucjonalnego Kościoła, przejawiającego się m.in. w walce z zakonami. Rządy lewicy, liberałów i rewolucjonistów dokonywały kasat klasztorów oraz likwidacji prowincji zakonnych w Europie, Ameryce Łacińskiej oraz Indochinach. Prześladowania katolików, połączone z kryzysem wiary (będącym w pewnym sensie także kryzysem człowieka), odbiły się na liczebności dominikańskich braci. Podczas gdy w 1789 r. Zakon Kaznodziejski liczył 20 000 zakonników, w roku 1844 było ich już niewiele ponad 4 500. Dominikanami wstrząsnął także rozłam na dwie jurysdykcje: hiszpańską i rzymską (1798-1844), co doprowadziło do rządów dwóch generałów.

Wewnętrzną schizmę udało się w końcu przezwyciężyć, ale dużo większym wyzwaniem okazało się uporanie z kryzysem duchowym. Ojcowie i bracia nagminnie łamali obserwancję zakonną, zachowując pozory dyscypliny, a w wielu klasztorach nastąpiło porzucenie życia wspólnego na rzecz prywatnego. Klasztory niejednokrotnie okazywały się być zabezpieczeniem mieszkania i wyżywienia, podczas gdy pozostałe potrzeby materialne bracia zaspokajali z własnych dochodów. Zanikła klauzura, nie praktykowano modlitwy chórowej, często dyspensowano się od przepisów oraz zaniedbywano posługę duszpasterską; pośrednim rezultatem stał się upadek życia intelektualnego i naukowego. Do tego dochodziła niechęć do zmian i reform, np. w prowincji Neapolu w połowie XIX w. ojcowie głosili, że życie wspólne jest… innowacją wprowadzoną przez Francuzów i trąci komunizmem. Niekorzystna sytuacja społeczno-polityczna z pewnością utrudniała powstanie oddolnych prądów odnowy.

Jednak to właśnie we Francji, z której miało wychodzić duchowe spustoszenie, pojawiły się także zalążki odrodzenia. Twarzami reformy stali się ojcowie Wincenty Jandel (1810-1872) i Jan Henryk Lacordaire (1802-1861). W 1850 r. papież Pius IX mianował tego pierwszego wikariuszem generalnym zakonu, a pięć lat później generałem. Jandel był postacią energiczną, mierzącą wysoko, o niezwykle mocnej osobowości; z jego portretu na krużgankach krakowskiego klasztoru dominikanów emanuje spokój połączony z determinacją. Drugi dominikanin, francuski prowincjał Jan Henryk Lacordaire, był znanym redaktorem wolnościowego pisma „L’Avenir” i charyzmatycznym kaznodzieją. W notatkach autobiograficznych pisał: Ośmielam się wyznać, iż otrzymałem od Boga łaskę rozumienia tego wieku, który tak ukochałem. André Duval OP dodał: Oraz łaskę, że byłem przez niego rozumiany. Lacordaire wierzył, że to właśnie charyzmat dominikański może być lekarstwem na marazm religijny epoki. Uważał, że nie znaleźlibyśmy nic nowszego, nic lepiej dostosowanego do naszych czasów i ich potrzeb niż Reguła św. Dominika. Pomimo upływu sześciu wieków od założeniu zakonu, duchowość Psów Pańskich, opierająca się na głoszeniu Słowa Bożego wszystkim, zawsze, wszędzie i na wszystkie możliwe sposoby, mogła zdaniem dwójki ojców stać się ponownie inspiracją do uświęcenia życia i odnowienia kościelnych struktur.

Ojciec Jandel, który energicznie przystąpił do reformy zakonu, uważał, że należy położyć nacisk na kontemplacyjny wymiar życia dominikańskiego i ścisłe wypełnianie obserwancji. Za zakonnymi konstytucjami mówił, że bracia powinni najpierw budować Kościół Boży we własnym klasztorze, jeśli chcą go rozszerzać po świecie. Postanowił, by w każdej prowincji powstał konwent ścisłej obserwy, w którym życie będzie w pełni oparte na zrewidowanych i częściowo dostosowanych do nowych czasów Konstytucjach. Jednym z przykładów może być konwent krakowski, w którym w 1867 r. wprowadzono wspólne życie, przestrzeganie klauzury, noszenie wełnianych habitów, nocne modlitwy oraz skromne i bezmięsne posiłki. Jandel zorganizował także wiele nowych prowincji oraz otwierał domy studiów i nowicjaty z większym rygorem.

Zupełnie inną wizję reformy miał jednak o. Lacordaire. Uważał, że konstytucje powinny być przestrzegane w zasadniczych punktach, ale równocześnie poddane rewizji i zaadaptowane dla potrzeb współczesności. Twierdził bowiem, że celem zakonu jest głoszenie Słowa dla zbawienia ludzi i że posługi kapłańskie nie powinny doznawać przeszkód z racji nadmiernego nacisku na realizowanie życia zakonnego (o. William A. Hinnebusch OP).

Tak odmienne spojrzenia na sposób życia przywodzą na myśl ewangeliczną scenę wizyty Jezusa w domu Marii i Marty (Łk 10,38-42). Raban Maur pisał, że te dwie kobiety są doskonałymi „figurami umysłu i działania”. Jandel, niczym Maria, kładł nacisk na kontemplacyjny wymiar życia zakonnego (a w szerszym rozumieniu: chrześcijańskiego), na potrzebę posiadania zmysłu adoracji i przyjęcia postawy ucznia. Z kolei Lacordaire, przypominający Marię, zwracał uwagę na istotny wymiar charyzmatu dominikańskiego: aktywność oraz służenie czynem, w tym konkretnym wypadku: pracą duszpasterską. Ale spojrzenie na dwa różniące się aspekty życia nasuwa na myśl także pytanie o granice zmienności i niezmienności w praktykowaniu konkretnych form pobożności oraz dostosowywaniu wymagań życia chrześcijańskiego do panujących czasów.

Historia pokazała, że dominikańskiej wspólnocie potrzebna była zarówno determinacja Jandela, jak i charyzma Lacordaire’a. Bez podniesienia dyscypliny przez tego pierwszego, zakon być może nie przetrwałby największego w swej historii kryzysu. Drugi zwrócił z kolei uwagę na to, że dominikańskie zawołanie „contemplare” ma także swoją dalszą część: „et contemplata aliis tradere”. Zwiększenie gorliwości umożliwiło bardziej owocne głoszenie Słowa Bożego. Czyż to doświadczenie francuskich dominikanów nie mogłoby być pomocne także współczesnemu człowiekowi w dobie kryzysu Kościoła oraz praktykowania tzw. Nowej Ewangelizacji?

Życie czynne, któremu brakuje kontemplacji, ulega zdegenerowaniu i staje się pustym aktywizmem. Ten, kto nieostrożnie spycha tradycyjną pobożność na bok, rzucając hasłami o potrzebie „przystosowania” do świata i nieuchronnych zmian, będących w praktyce dogadzaniem sobie, może w końcu ulec – używając sformułowań papieża Franciszka – „duchowi światowości”, który negocjuje wierność Bogu. Z drugiej strony życie modlitwą, które nie otwiera na drugiego człowieka oraz uniemożliwia spojrzenie na jego kondycję duchową i materialną, prowadzi do zamknięcia w ciasnym więzieniu egoizmu.

Dominikanie ostatecznie nie popadli w żadną z opisanych wyżej skrajności. Warto, by także dzisiejsi chrześcijanie wsłuchali się w sugestię Ojców Kościoła, by służyć jak Marta, kontemplując jak Maria, nie zaniedbując żadnego z tych aspektów życia.