Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Bartosz Brzyski  14 listopada 2013

Brzyski: Bilet na Księżyc spadkobiercą trylogii

Bartosz Brzyski  14 listopada 2013
przeczytanie zajmie 3 min
Brzyski: Bilet na Księżyc spadkobiercą trylogii filmweb

Obecnie jesteśmy zmuszeni do dokonywania ciągłych selekcji, także do podejmowania trudnych wyborów. Nie inaczej jest w kinie – dobranie odpowiedniego seansu wedle jego gatunku, wartości lub tematyki może stanowić spory kłopot. Zawód spotyka nas, jeśli po wybraniu z pozoru interesującego filmu okazuje się, że jego realizacja pozostawia wiele do życzenia. Niestety taki los czeka widza Biletu na Księżyc.

Opowieść osadzono w roku 1969 w kontekście historycznego lądowania człowieka na Księżycu. Świeżo upieczony maturzysta – Adam (debiutant Filip Pławiak) – przychodzi dobrowolnie do komisji wojskowej w nadziei, że otrzyma przydział do lotnictwa. Ku swojemu rozczarowaniu zostaje skierowany do jednostki marynarki w Świnoujściu, w której nie tak dawno służbę ukończył jego brat Antoni (Mateusz Kościukiewicz). Antek postanawia odprowadzić młodszego brata do jednostki, jednak ich trasa za sprawą starszego z nich będzie dużo dłuższa, niż można podejrzewać.

Z pozoru historia dwóch braci-kumpli wyruszających z wioski na Podkarpaciu i podróżujących przez różne miejsca w Polsce wygląda jak klasyczne kino drogi, chociaż sam Jacek Bromski określa gatunek filmu jako komedię nostalgiczną. Faktycznie, reżyser i scenarzysta w jednym stara się oddać klimat końca lat 60. z dbałością o szczegóły oraz, jak sam przyznaje, opisując wydarzenia, które wydarzyły się naprawdę.

Antek stawia sobie za cel uczynienie z młodszego brata mężczyzny i przygotowanie go na ciężkie warunki życia podczas trzyletniej służby wojskowej. Adam jest ucieleśnieniem niewinności i idealizmu; nieśmiało przeciwstawia się wyrachowaniu obrotnego brata. Głównym bohaterem jest debiutujący w roli pierwszoplanowej Filip Pławiak, który niestety wydaje się zupełnie ginąć przy charyzmatycznym i przebojowym Kościukiewiczu. Postać Antoniego świetnie wpisuje się w konwencję komediową – mimo cynicznego i nieco hedonistycznego nastawienia do świata zaskarbia sobie dużą sympatię widzów, marginalizując jednocześnie postać filmowego brata.

Na ekranie pojawia się plejada takich gwiazd jak Krzysztof Stroiński, Andrzej Grabowski, Łukasz Simlat, Andrzej Chyra czy wreszcie Anna Przybylska. Jedynie ta ostatnia dostaje od reżysera nieco więcej czasu, stając się ważną postacią dla głównego bohatera. Niestety objawia nam się głównie jako tancerka erotyczna lub późniejsza kochanka, nie zyskując możliwości wykreowania interesującej postaci. Pozostali wymienieni aktorzy grają jedynie role epizodyczne – choć grają bez zarzutu, nie mają niestety szansy na pokazanie swojego doświadczenia. Jest to wielka strata dla filmu, ponieważ dzięki posiadanemu warsztatowi potrafią zamaskować nawet jakościowe braki w scenariuszu, a tych niestety nie brakuje.

Film obfituje w typowe knajpiano-jarmarczne żarty i niewybredne słownictwo. Nie byłoby to wielkim minusem, gdyby nie to, że przez ponad dwugodzinny seans scen doprowadzających do śmiechu jest jak na lekarstwo. Co dziwniejsze, lekkość oraz komediowy ton filmu utrzymuje się jedynie przez pierwszą część filmu, później ustępując niemal dramatowi i wprawiając widza w kompletny dysonans. Nie to jest jednak największym problemem Biletu.

Film składa się z lepiej lub gorzej opisanych zamkniętych scen oraz nudnawych, rozciągniętych wypełniaczy, które wydają się mieć za cel jedynie przenoszenie bohaterów pomiędzy wydarzeniami. Przez to opowieść przypomina sinusoidę, stając się nierówną i po prostu nudnawą. W osłupienie wprawiła mnie informacja, że producent musiał przeznaczyć dużą sumę pieniędzy, aby wykupić prawa do użytej w filmie ścieżki dźwiękowej. Niestety nie można nazwać tego inaczej niż nieudaną inwestycją. Utwory są źle dobrane do pokazywanych scen lub są zbędne, więc zamiast być wartością dodaną, jedynie psują odbiór obrazu.

Podsumowując, wydaje się, że Bilet na Księżyc czeka los trylogii U Pana Boga…: stanie się kolejnym dziełkiem Bromskiego z lubością puszczanym w telewizji przy okazji świąt lub długich weekendów. Zapewniam, że ten film nie powinien być pierwszym wyborem osób planujących wyjście do kina, a tym, którzy chcą z nostalgią wspomnieć PRL, polecam odkurzyć nieśmiertelne filmy Barei lub Piwowskiego.