Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Kaszczyszyn  13 listopada 2013

Kaszczyszyn: Język w pułapce ideologii

Piotr Kaszczyszyn  13 listopada 2013
przeczytanie zajmie 3 min
Kaszczyszyn: Język w pułapce ideologii Bundesarchiv, Bild 183-H13160 / CC-BY-SA

W ostatnich miesiącach polski dyskurs publiczny dostał się pod władanie faszyzmu. Komentarze pojawiające się w konsekwencji ekscesów z Marszu Niepodległości tylko to potwierdziły. Słowo „faszyzm” straciło jednak swoje źródłowe znaczenie, przekształcając się w narzędzie ideologicznej wojny. W ferworze walki zapomniano niestety, że deformacja języka oznacza jednocześnie deformację samej polityczności.

Arystoteles, jeden z ojców zachodniej filozofii, uważał język za niezwykle istotne uzasadnienie politycznej natury człowieka. Nie chodziło mu jednak o prostą zdolność do sygnalizacji stanów emocjonalnych, lecz o umiejętność formułowania stanowiska na temat tego, co sprawiedliwe i niesprawiedliwe. Dopiero na tak rozumianym dyskursie politycznym mogło zostać ufundowanie greckie poleis.

Językowe manipulacje

Oddajmy głos Tomaszowi Mercie:

Richard Weaver w swej kiedyś głośnej, a dziś zapomnianej książce Ethics of Rhetoric, poświęconej analizie politycznego dyskursu, zwrócił uwagę, że w każdym kraju w debacie publicznej dają się wyróżnić dwa specyficzne kategorie terminów, które określił jako god-terms i devil-terms. Słowa te, pochodzące z języków specjalistycznych – naukowego, filozoficznego czy teologicznego – tracą pierwotną złożoność, a nawet w dużym stopniu odrywają się od swojego początkowego znaczenia, stając się jedynie sposobem wyrażenia aprobaty bądź dezaprobaty. (…) Problem z god- i devil-terms wydaje się oczywisty: są one raczej narzędziem retorycznej walki, a nie argumentem w merytorycznym sporze, choć taki argument właśnie udają, dlatego częściej dyskusję uniemożliwiają niż rozjaśniają.

W moim przekonaniu oba terminy stworzone przez Weaver, a przywołane przez Mertę w tekście „Totalitaryzm jako devil-term”, dostarczają nam doskonałych narzędzi do opisu oraz analizy obecnego konfliktu między elitami liberalno-lewicowymi a środowiskiem odwołującym się do tradycji endeckich.

Faszyści i bolszewicy

Oponenci narodowców, posługując się takimi god- oraz devil-terms jak demokracja czy faszyzm, usiłują przypiąć im łatkę antysemitów oraz ksenofobów. Te zabiegi mają na celu nie tyle całkowite wykluczenie Ruchu Narodowego z publicznej debaty, co przedstawienie ich wobec społeczeństwa jako radykałów stanowiących zagrożenie dla demokratycznego porządku. Po skutecznym przeprowadzeniu takiej medialnej pacyfikacji nie ma już mowy o traktowaniu środowisk narodowych jako poważnej politycznej alternatywy.

Po drugiej stronie barykady mamy do czynienia z określaniem ugrupowań postkomunistycznych oraz środowisk lewicowych mianem nowej bolszewii. Budując swoją tożsamość w kontrze do „Republiki Okrągłego Stołu”, narodowcy postrzegają lewicę jako zagrożenie dla życia narodowego oraz państwowego.

W rzeczywistości obie te postawy, jak pisał w przywołanym wcześniej tekście Tomasz Merta, stanowią swoje lustrzane odbicia. Z jednej strony totalitaryzm jako „mocne myślenie” (niechęć czy też obawa wobec budowania zbiorowej tożsamości wokół pojęcia narodu oraz tradycyjnych wartości), z drugiej zaś totalitaryzm jako projekt modernizacyjny (wrogość wobec lewicowych postulatów godzących w historię, rodzinę czy Kościół).

Karykatura polityczności

W swojej książce pt. „Ontologia socjalizmu” prof. Jadwiga Staniszkis ukuła pojęcie nadrzeczywistości, służące do ukazania nieprzystawalności oficjalnej ideologii partii do realiów gospodarczo-społecznych. Dzisiaj możemy wykorzystać ten termin do określenia dysproporcji między medialną retoryką elit liberalno-lewicowych oraz Ruchu Narodowego, a rzeczywistym obrazem obu tych środowisk.

Właściwym przeznaczeniem języka jest dążenie do opisu oraz interpretacji rzeczywistości. Tymczasem obie strony konfliktu, przywołując fantomowe widma totalitaryzmu, dokonały jego uprzedmiotowienia. Język został zdegradowany do roli „ideologicznej pałki”, mającej na celu demonizację przeciwnika. Największym przegranym w tej sytuacji jest polityka rozumiana jako dyskurs o tym, co sprawiedliwe i niesprawiedliwe. Język skolonizowany przez emocję uniemożliwia bowiem merytoryczną dyskusję oraz dojście do kompromisu. Ze szkodą zarówno dla naszego państwa, jak i wszystkich jego obywateli.