Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Wójcik  2 listopada 2013

Zło czai się w mieście

Piotr Wójcik  2 listopada 2013
przeczytanie zajmie 4 min
Zło czai się w mieście Luther, Facebook.com

Można myśleć o brytyjskiej serii „Luther” jako o bardzo dobrym i pełnokrwistym serialu kryminalnym, przez który przewija się wiele barwnych postaci. To byłaby jednak co najwyżej półprawda. A jak wiemy, półprawda ma tyle wspólnego z prawdą, co demokracja ludowa z demokracją. W zasadzie dzieło BBC ma tylko dwóch bohaterów – są nimi tytułowy John Luther oraz żyjący własnym życiem Londyn. I nie jest ono zwykłym serialem – jest traktatem poświęconym złu.

Gdyby twórcy „Luthera” chcieli startować w kategorii seriali policyjnych, na pewno mieliby wielki problem, by wygrać rywalizację z takimi arcydziełami jak „Prawo ulicy” czy inna produkcja BBC „The Shadow Line”. Na szczęście scenarzysta Neil Cross poszedł po rozum do głowy i skierował fabułę na inne tory. Dzięki temu zamiast drobiazgowego obrazu codziennej policyjnej „roboty” dostaliśmy do ręki uniwersalną próbę ukazania istoty zła oraz mentalnego przekroju miasta. Próbę niezmiernie udaną. Oczywiście zadanie to było o tyle łatwiejsze, że twórcy zaangażowali do głównych ról znakomicie dobranych odtwórców: jednego z najbardziej utalentowanych współczesnych brytyjskich aktorów, Idrisa Elbę, oraz fascynujące swą tajemniczością miasto, jakim jest Londyn. Metropolię, która od czasów historii Kuby Rozpruwacza i perypetii Sherlocka Holmesa wydaje się być idealnym miejscem do ukazania czyhającego dookoła nas zła.

Trudno byłoby uznać, że Londyn według wizji Crossa jest miastem mrocznym. Stolica Wielkiej Brytanii jest raczej, trywialne słowa, przytłaczająco smutna. Zło czające się w zakamarkach miasta i duszach jego mieszkańców nie wywołuje w nich samych przerażenia – może co najwyżej u osób, stosując terminologię policyjną, „bezpośrednio zainteresowanych” i przede wszystkim w momencie jego wybuchu. Miejsce strachu bardzo szybko zajmuje obojętność i pogodzenie z brutalną stroną rzeczywistości. Dominujący wśród mieszkańców Londynu, nieznośny dla widza, bezradny dystans do pojawiającego się zła jest wynikiem atomizacji londyńskiej społeczności. Ludzie żyjący obok siebie, a nie ze sobą, niespecjalnie zainteresowani są krzywdą bliźniego, a jeśli już, to jako ciekawostką ubarwiającą ich obfitujące w szarość życie. Rodziny ofiar dosyć szybko dochodzą do siebie, podobnie jak niedoszłe ofiary, lecz nie jest to mentalna stabilizacja, którą psycholog uznałby za pożądaną. Jest to raczej wynik popadnięcia w apatię. Właśnie apatia, indywidualna i społeczna, jest tym, co trawi Londyn od środka.

Ale czy tylko Londyn? Czy podobny obraz Ystad nie wyłania się z książek Henninga Mankella? Czy życie w Seattle, pokazane w genialnym „The Killing”, jest choć trochę lepsze? Czy w miastach, w których żyjemy, nie dostrzegamy podobnych zjawisk? Brak wiary we wspólnotowe działanie powoduje brak wiary w skuteczną walkę ze złem, gdyż tylko razem można mu się skutecznie przeciwstawiać. A jak to uczynić, gdy poczucie wspólnoty już dawno zostało zabite dechami, niczym okna w rozpadającej się ruderze? Paradoksalnie największe skupiska ludzi okazały się miejscami ich największej samotności. Tłum stał się idealny dla anonimowości, a to sprzyja poczuciu braku odpowiedzialności za innych. Człowiek zatracony w masie, która jest przeciwieństwem świadomego społeczeństwa, przestaje czuć się zobligowany do reakcji na nieszczęście bliźniego, chyba że zostanie konkretnie wskazany palcem. Wpajana również w Polsce filozofia indywidualizmu, zamiast doprowadzić do opartej na egoizmie harmonijnej współpracy partykularnych interesów, spowodowała coraz częstsze poczucie wyobcowania i powszechny nawyk spuszczania wzroku na widok nieprzyjemnych sytuacji. Wizja miasta ukazująca się naszym oczom w kolejnych odcinkach „Luthera” jest prawdziwie uniwersalna – można ją odnieść do zdecydowanej większości aglomeracji miejskich na naszej planecie. I nie jest to wizja przyjemna, choć niestety w dużej mierze prawdziwa.

            Na szczęście w każdym społeczeństwie pojawiają się jednostki, w których poczucie obojętności nie jest w stanie wygrać z odpowiedzialnością za fundamentalne wartości moralne. Podejmują one ze złem swoistą grę, której nie tylko nie są w stanie wygrać, ale też prawie na pewno odbije się ona negatywnie na nich samych. A mimo to próbują, podejmując rękawicę nawet za cenę zbliżającej się wielkimi krokami autodestrukcji. Jednak czy nie większą autodestrukcją jest popadnięcie w bierność? Czyż obojętność na zło nie jest najgorszym skarleniem istoty człowieka? Czy nie lepiej samemu ubrudzić się po łokcie, lecz mimo wszystko dać mu mniej lub bardziej skuteczny odpór? W walce ze złem to nie ostateczne zwycięstwo jest istotne, gdyż na tym świecie nigdy go nie uzyskamy, ale samo jej podjęcie i trwanie w niej pomimo popełnianych błędów. Bez względu na to, że czasem w ferworze walki w obronie fundamentalnych aksjologicznych zasad, samemu zdarzy się niektóre zasady niebezpiecznie nagiąć. Ważne jednak, by pewnych granic absolutnie nie przekraczać, a łamania reguł nie uznać za podstawowe narzędzie działania.

Czy takimi właśnie zasadami kieruje się John Luther? Niewątpliwie możliwość pozostania krystalicznie czystym za cenę rezygnacji z realnego przeciwstawienia się złu jest dla niego nie do przyjęcia. Gdy więc jego przeciwnicy ochoczo taplają się w szambie, on do nich bez zbędnej zwłoki dołącza. Robi to jednak coraz bardziej niechętnie, co widać na zmęczonej twarzy Idrisa Elby. Luther zdaje sobie sprawę, że będąc aniołem skazałby się na wieczną rolę Don Kichota pogrążonego w wyimaginowanej walce, z której mało kto, poza jego własnym sumieniem, odniósłby korzyść. Nieprzekraczanie pewnych granic jest jednak w odniesieniu do niego dosyć problematyczne – już w pierwszych scenach serialu nie ratuje pedofila, który następnie ginie, spadając z dużej wysokości. Mimo wszystko pod koniec drugiego sezonu, gdy staje w obliczu podobnej sytuacji, nie popełnia już takiego błędu. Naginanie zasad staje się jego znakiem rozpoznawczym, lecz trudno je uznać za podstawową formę prowadzenia śledztwa – wciąż bazuje przede wszystkim na przenikliwości i umiejętności prowadzenia psychologicznej gry z przestępcami. Pomimo częstego balansowania na linie rozpiętej między dobrem i złem, Luther nie traci tego pierwszego z oczu. Nie staje się jednym z degeneratów, których sam tropi. Brud, który na nim osiada w wyniku bezpośredniego kontaktu z reprezentantami „ciemnej strony mocy”, nie osadza się w głębi jego duszy. Staje się jedynie powierzchowną skorupą, która z jednej strony w ekstremalnych sytuacjach jest skutecznym pancerzem, a z drugiej może zostać szybko zrzucona.

Można się zastanawiać, czy taki bohater jak John Luther powinien być wzorem postaci walczącej ze złem. Wydaje się jednak, że jego postawa jest nieporównywalnie bardziej słuszna niż popularne w obecnych czasach, pełne hipokryzji umywanie rąk. Od społeczeństwa pełnego Piłatów zdecydowanie wolę społeczeństwo pełne Johnów Lutherów.