Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.
Marcin Pawlik  1 listopada 2013

Pawlik: Pamiętajmy o paruzji!

Marcin Pawlik  1 listopada 2013
przeczytanie zajmie 2 min

Sąd Ostateczny coraz częściej jawi się katolikom jako coś niedzisiejszego, szalenie odległego. Zdajemy się więc zapominać, że to w paruzji tkwi przecież serce chrześcijaństwa.

Charles Taze Russell, założyciel związku wyznaniowego Świadków Jehowy, przewidział koniec świata na rok 1914. Gdy data okazała się fałszywa, Joseph Franklin Ruthreford, jego następca, stwierdził, że proces powrotu Jezusa na ziemię rozpoczął się w 1874 roku, a jego kulminacja nastąpi już w drugiej dekadzie XX wieku, kiedy rozpocznie się tysiącletnie panowanie Jezusa na ziemi, mające poprzedzać Sąd Ostateczny. Żeby pomieścić wszystkich ważnych zmartwychwstających, wybudował piękną willę, a skoro znamienici goście się nie pojawili, zamieszkał w niej sam. Nie powinno to nikogo zniesmaczać. Trzeba być przecież naprawdę małym człowiekiem, aby w obliczu końca świata wypominać komuś jego stan posiadania. Tylko że w tym wszystkim smutek dopada poszukiwacza jednej, sztywnej daty paruzji. Gdy pytam o nią ulicznych orędowników prawdy, słyszę coś w rodzaju: Cieszymy się tak silnym zainteresowaniem, że z przyjemnością dam panu kontakt do przyjaciela, który lepiej orientuje się w tym temacie.

Przytoczona powyżej historia ma pomóc zobaczyć, że niektóre religie w kwestii końca naszego istnienia na Ziemi mogą wręcz czuć przesyt, natomiast my, chrześcijanie, w tym co tyczy się ostateczności, mówiąc dosadnie – głodujemy. Kościół katolicki zbyt pochłonięty jest dyskusją o moralności duchownych, o pedofilii czy o modelowym chrześcijańskim życiu, niewiele słów poświęcając na paruzję i wszystko to, co się z nią wiąże. Wielu wiernych zdaje się myśleć, że wiara swoją drogą, a czekanie na przyjście Jezusa jest tak odległe, że właściwie niewidoczne. Tymczasem księża powinni jasno mówić, szczególnie, gdy w kalendarzu 1 listopada, że ludzkie spotkanie z Bogiem będzie takim samym faktem jak wizyta w galerii handlowej – będzie w pełni namacalne. Obecnie wydaje się jednak, że takie podejście całkowicie na przestrzeni dziejów się zatarło. Zdajemy się zapominać, że czas ponownego przyjścia Pana Boga to nie czas wyłącznie przyszły, a jednocześnie teraźniejszy i przeszły – od chwili jego zmartwychwstania! Nie ma więc czasu na zaniechania, odkładanie czynienia dobra na później. Przypowieść o sługach i odźwiernym, którym Pan powierzył pieczę nad swoim domem, jest tu słuszna – mimo niepewnej godziny, sam fakt powrotu nie może budzić wątpliwości. Chrystus mówi nam tym samym, abyśmy nie przespali tego momentu.

Pierwsi chrześcijanie byli przecież napędzani myśleniem, że niebo będzie już, zaraz. Fraza „Marana tha”, będąca wyrazem tęsknoty, dzisiaj słyszana jest niestety bardzo rzadko. Współczesny człowiek już tak się zadomowił na tym łez padole, że nie chce wracać do Ojca; zapomina, że to właśnie wizja nieba i piekła, z którą zetkniemy się na końcu ziemskiej drogi, nadaje smaku życiu chrześcijanina. Jest o co walczyć, ale żeby tę walkę podjąć, musimy wciąż pamiętać, że rozwiązanie jest blisko. Zbawienie jest przecież niczym innym niż sednem chrześcijaństwa.