Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Marcin Suskiewicz  31 października 2013

Suskiewicz M. : W cieniu wieczności

Marcin Suskiewicz  31 października 2013
przeczytanie zajmie 3 min
Suskiewicz M. : W cieniu wieczności fotogalerie.pl

Jeszcze w niedzielę mieliśmy tu złotą, polską niemalże, jesień – promieniejącą, iskrzącą się, zaglądającą w oczy ciepłym słońcem. Podczas popołudniowego spaceru po parku widziałem lisa, drugi raz w życiu dopiero; stał dosłownie na wyciągnięcie ręki, zupełnie nie zdziwiony, że niebo takie niebieskie, świat taki piękny, życie takie dobre. A dziś od rana panuje bezustannie piąta wieczór. Szaro, a słońce – nawet nie wiadomo, gdzie jest. Co barwniejsze liście wywiało w kąty i zakamarki, na chodnikach zostały tylko te rozdeptane przez przechodniów, pozlepiane i brudne. Świat schyla się ku śmierci. Everything dies, baby, that’s a fact, jak śpiewał przed laty Bruce Springsteen w „Atlantic City”. To było, zdaje się, o przestępczości w amerykańskich miastach, ale przecież zapamiętane w młodości wersy ulubionych piosenek funkcjonują potem w naszej świadomości niezależnie od ich oryginalnego kontekstu.

Czy o śmierci można napisać krótki tekst publicystyczny? Z jednej strony, czemu by nie? Może nawet wpis na twitterze lub facebookowy komentarz. Żyjemy przecież po zmartwychwstaniu Chrystusa i mamy prawo rzucać śmierci prosto w twarz drwiące Gdzie jest twój oścień, gdzie twoje zwycięstwo?. Ale z drugiej strony ja nie mogę zapomnieć, jak śmierć dziadka roztrzaskała kiedyś moje dzieciństwo; pamiętam, jak potem odchodzili inni moi bliscy albo osoby, z którymi dopiero co zdążyłem się zaprzyjaźnić.

Śmierć – ten, jak mówi Pismo Święte, ostatni wróg – tanio skóry nie sprzedaje. To jest walka, wojna. I choć pozytywny efekt jest przesądzony, trup ścielę się gęsto. Oczywiście, wierzymy w zmartwychwstanie, ufamy, że Bóg, który jest miłością, ma wszystko w swoich rękach; zwątpiwszy, przeszlibyśmy de facto na stronę śmierci. Ale nasz świat nie wygląda tak, jak w pokrzepiających hollywoodzkich filmach, w których śmierci, szaleństwa, choroby czy bólu jest zawsze tylko tyle, by wycisnąć z widza oczyszczającą łzę. Maritain pisał kiedyś o powolnym odchodzeniu swojej żony:

Przez cały ten czas, jakby uderzeniami topora następującymi jedno po drugim, niszczył ją bez litości ten Bóg, który kochał ją na swój straszliwy sposób i którego miłość jest „słodka” tylko z punktu widzenia świętych lub tych, którzy nie wiedzą, co mówią.

Z takim światem, z takim Bogiem mamy do czynienia. Przed takim światem najłatwiej jest uciec w któreś z kuszących kłamstw, choćby we współczesny mit o sukcesie, uznaniu i spełnieniu, który śmierć każe nam wspominać w amerykańskim stylu, wysyłając dzieci w przebraniach duchów do takich jak my zamożnych sąsiadów po cukierki. Znosić ten świat, patrząc mu prosto w oczy, ten świat czasem piękny, lecz czasem tak strasznie ciemny, można chyba tylko na kolanach, w nieustającej modlitwie zawierzenia.

Ale znosić to mało. Przecież zwycięstwo jest przesądzone, przecież Chrystus zmartwychwstał, a my powołani jesteśmy do udziału w Bożym życiu. To woła o radość, o święto, nie jedynie o smętną akceptację; poza tym woła o solidarność, wzajemne pomaganie sobie w cierpieniu i podtrzymywanie się na duchu. Maritain pisał, że czasem tylko święci potrafią dostrzec słodycz miłości Boga, który pozwala na śmierć i cierpienie. Ale przecież właśnie do świętości jesteśmy powołani, a Dobra Nowina chrześcijaństwa brzmi: świętość jest możliwa. Nasze wspólnoty są, muszą być – jeśli nie chcemy żyć ani w kłamstwie, ani w smutku, ani w zbiorowej neurozie, która każe całe społeczeństwo organizować na wzór maszyny, by tylko uchronić obywateli od przedwczesnej śmierci – wspólnotami dążących do świętości. Tylko zwracając oczy ku górze, ku Bożemu światłu, które spowija naszą najbardziej ostateczną przyszłość, możemy odwrócić je od prochu, z którego powstaliśmy i do którego, zanim Bóg nas wskrzesi, musimy powrócić. Gdy już oczy do góry zwrócimy, świat, który stworzony został właśnie na miejsce pielgrzymki ku górze, stanie się nam przyjazny. Nawet cierpienie straci mimo wszystko straszną trupią barwę, bo na pielgrzymce odarte stopy to codzienność.

Nadziei tak silnej, by pozwalała cieszyć się rzeczywistością nachyloną nieustannie ku śmierci, nie można jednak znaleźć w świecie, w którym nie ma nic stałego, który cały przemija. Musiała ona przyjść sama z zewnątrz, od Boga. Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci wzeszło światło. Po prostu siedział i ujrzał, nie: badał, dociekał, wnioskował, aż wreszcie odkrył. To było chyba o północnym krańcu Galilei, krainie najwcześniej odpadłej od wiary Izraela, do której Jezus poszedł na samym początku swojej publicznej działalności, po czterdziestodniowym poście i chrzcie. Ale przecież zapamiętane przez nas wersety Pisma Świętego funkcjonują potem czasem w naszym życiu niezależnie od ich pierwotnego kontekstu.

Zbyt często o tym zapominamy: że nasz świat, jeśli się go nie zakłamuje, jest krainą śmierci; że uczynić tę krainę śmierci znośną, więcej – uczynić ją przyjaznym dla człowieka domem – mogło tylko „wielkie światło”, Jezus Chrystus, nasza najostateczniejsza przyszłość; że to, co w naszej kulturze może najlepsze – zdolność cieszenia się tym światem bez jednoczesnego uciekania w kłamstwo bądź mit – wyrosło z wiary w Zmartwychwstałego. Pamiętajmy o tym wszystkim w dzień Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny, gdy odwiedzamy na cmentarzach „zasiew” z ciał naszych bliskich, „który zmartwychwstanie w chwale” (KKK, 1683).

Everything dies, honey, that’s a fact

But maybe everything that dies someday comes back