Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Tomasz Romanowski  27 października 2013

Romanowski: Granice przyjaźni

Tomasz Romanowski  27 października 2013
przeczytanie zajmie 4 min
Romanowski: Granice przyjaźni Barack Obama, facebook.com

W cztery miesiące po aferze PRISM i światowym pościgu za Edwardem Snowdenem, świat po raz kolejny zderza się z kryzysem informacyjnym, w którym USA i ich służby specjalne odgrywają pierwszoplanowe role. W czasie, gdy europejscy przywódcy (Angela Merkel, Francois Hollande) potępiają działania Stanów Zjednoczonych i domagają się zmian w polityce wywiadowczej tego kraju, premier Donald Tusk stara się załagodzić spór na linii UE-USA. Ale czy słusznie?

Tajemnicą poliszynela jest, że Stany Zjednoczone prowadzą monitoring internetu i sieci telefonicznych na całym świecie. Już we wrześniu Der Spiegel doniósł, że amerykańskie służby mają techniczną możliwość uzyskania dostęp do każdego telefonu, włącznie z bezpiecznymi do tej pory Blackberry. Sytuacja zawrzała dopiero niedawno, gdy 24 października Dziennik Guardian, powołując się na materiały przesłane przez przebywającego obecnie w Rosji Edwarda Snowdena, poinformował, że Agencja Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) podsłuchiwała i monitorowała 200 kluczowych numerów telefonów, z czego 35 to numery światowych przywódców – w tym Angeli Merkel. W tej sytuacji kanclerz Niemiec zareagowała w sposób zdecydowany. Wezwała do niemieckiego MSZ ambasadora USA, w którego ambasadzie miano koordynować podsłuchy, oraz zaczęła budowanie koalicji wewnątrz UE przeciw tego rodzaju polityce. Sytuacja zaostrza się w wyniku nader zdawkowych i wymijających odpowiedzi z Białego Domu.

W tych dekoracjach na scenie zjawia się premier Tusk, który stara się zmniejszyć wizerunkowy blamaż Stanów. Wskazuje na to, że praca wywiadów nie jest etyczna i nie można oczekiwać, że nagle wszyscy przestaną się podsłuchiwać i podadzą sobie ręce.  Przypomina również na fakt, że doniesienia Snowdena pochodzą z terytorium Rosji oraz że działalność wywiadowcza Rosji i Chin stanowi znacznie ważniejszy problem. Premier, pomimo częściowej racji, zdaje się nie do końca rozumieć, o co chodzi w zaistniałym konflikcie. Nie rzecz bowiem w etyce szpiegostwa czy w sprawie zagranicznych rywali, lecz w tym, że Stany Zjednoczone szpiegując sojuszników podważają własną reputację, już i tak bardzo chwiejną. Henry Favell i Martha Finnemore z Foreign Affairs zauważają słusznie, że Stany Zjednoczone w obliczu kolejnych afer szpiegowskich i wycieku informacji muszą skończyć dotychczasową politykę hipokryzji, która jest wybitnie nie na rękę państwom europejskim. Dopiero jednak z pisemnym dowodem w ręku politycy europejscy mogą rozpocząć medialną kampanię, która umożliwi chociaż częściową „info-suwerenność” kontynentu od Stanów, które do tej pory odpierać mogły wszelkie zarzuty jako spiskowe teorie bądź niepotwierdzone doniesienia.

Premier Tusk trafnie identyfikuje zagrożenia ze wschodu oraz zasięg szpiegowskich zapędów USA wobec światowej populacji, jednakże nie trafia z diagnozą obecnego problemu. Szpiegostwa Stanów w Europie nie można postawić w jednej linii ze szpiegostwem państw rywalizujących z Unią Europejską, ze względu choćby na zupełnie inny rodzaj relacji, które wiąże poszczególne kraje. Merkel i Hollande chcą wysłać jednoznaczną wiadomość: szpiegowanie sojuszników nie uchodzi bezkarnie; to jest przekaz, który powinien przyświecać politykom europejskim. Nie można się naturalnie łudzić, że gra wywiadów się zakończy, lecz można oczekiwać, że jej rozmiar zmniejszy się i przestanie w sposób otwarty łamać zasady współpracy.

Premier powinien się poważnie zastanowić, czy w interesie Polski jest, aby stawać za przegraną (przynajmniej pod względem PR) sprawą, jaką są akcje amerykańskiego wywiadu w Europie. Polska już raz popełniła błąd, pozwalając CIA prowadzić działalność więzienną i wywiadowczą na terytorium Rzeczpospolitej, z czego wyniknęła wyłącznie plama na wizerunku kraju i międzynarodowe oskarżenia. W polityce zagranicznej zmienność jest czymś naturalnym; zwracał na to uwagę już Adolf Bocheński w latach 30. XX wieku. Nie ma powodu do wstydzenia się tego, że bezwarunkowa polityka proamerykańska powoli się kończy. Tak jak minister Sikorski w  informacji o polityce zagranicznej w marcu tego roku wskazał Stany Zjednoczone jako partnera ważnego, lecz drugorzędnego, tak i dzisiaj premier Tusk powinien zrozumieć, że w sojuszu z USA są pewne granice. Granicą tą jest informacja. W obrębie sojuszu takiego jak NATO, w którym ważną rolę odgrywa zaufanie do pozostałych krajów, powinny obowiązywać zasady białego wywiadu (z pewnymi dopuszczalnymi elementami wywiadu niejawnego) w miejsce pełnej inwigilacji, jakiej dopuścili się Amerykanie wobec przywódców suwerennych państw europejskich. Bez zaufania (ograniczonego oczywiście) trudno będzie prowadzić transatlantycką współpracę, także na poziomie wywiadów.

Na chwilę obecną nie ma oficjalnych informacji, które by potwierdziły, czy telefon Tuska również pozostawał pod obserwacją oraz czy podsłuchiwano obywateli Polski. W przypadku pojawienia się dowodów premier zobowiązał się do uzyskania zapewnień, że taka praktyka się nie powtórzy. Ile warte są zapewnienia, pozostaje tajemnicą poliszynela. Tak samo jak do niedawna taką tajemnicą było podsłuchiwanie Europy.