Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Michał Kłosowski  21 października 2013

Kłosowski: Śmiejmy się z własnej historii

Michał Kłosowski  21 października 2013
przeczytanie zajmie 4 min
Kłosowski: Śmiejmy się z własnej historii materiały prasowe

W jednym ze skeczów Kabaretu Moralnego Niepokoju amerykański turysta ląduje w biurze podróży, które oferuje wycieczki do naszego kraju. Na pytania o Polskę słyszy różne odpowiedzi, m.in. szukając informacji o polskich drogach, dowiaduje się, że są trudne, bolesne, niełatwe, poplątane.

Historia naszego kraju jest tak tragiczna, że chyba każdy, kto posiada odrobinę empatii, gdyby tylko mógł, chciałby ją zmienić. Niejednokrotnie sam zastanawiałem się nad tym, jak potoczyłby się los, gdyby nie II wojna światowa i tragedia komunizmu. Jak się okazało, w swoich rozmyślaniach nie jestem odosobniony. Zrobił to także Juliusz Machulski w najnowszym filmie Ambassada.

Przyznaję: wcale nie zamierzałem wybrać się na ten film. Po obejrzeniu trailera, na którym aktorzy przebrani w nazistowskie stroje śpiewają „Sen o Warszawie”, sądziłem, że będzie to tania prowokacja. Także wypowiedź samego reżysera, w której oświadczył, iż ma nadzieję, że ten film nareszcie rozbroi traumę, jaką mamy w związku z II wojną światową oraz że wydaje mu się, iż nadszedł czas, aby zdystansować się do naszych wojennych, niezmiennie martyrologicznych przeżyć i może wreszcie pozbyć się związanych z tym kompleksów, nie zachęciła mnie do tego. Kiedy dodać do tego sam tytuł, wyraźnie akcentujący tematykę filmu i utrzymany w manierze obecnej nowomowy, moje obawy nie malały.

Na szczęście się myliłem. Okazało się, że padłem ofiarą tradycyjnego patrzenia na naszą historię i okropne czasy wojny. Wracając do kwestii tytułu i zamieszczonych w nim dwóch liter SS, które dzięki swej stylistyce tak klarownie odwołują się do niechlubnej legendy, odniosłem wrażenie, że ich wykorzystanie to gruba przesada. Tak w końcu uczono w szkołach, zapominając, że już Chaplin naśmiewał się z postaci Führera, a kilkanaście lat po wojnie w Izraelu ukazywały się komiksy o Holocauście. Śmiem twierdzić, że właśnie wokół wodza Rzeszy skupia się nasza świadomość i znajomość Niemiec tamtych czasów. Znamy przecież jego agresywne wypowiedzi, energiczną, teatralną gestykulację, która pozwoliła mu porwać za sobą tłumy. Jak mu się to udało? Machulski twierdzi, że to wszystko zasługa wąsa.

Oczywiście, próby napisania historii od nowa już się pojawiały. Ostatnimi czasy jest to zjawisko dość częste. W literaturze przykładem tego jest chociażby powieść pseudohistoryczna, taka jak np. Pakt Ribbentrop-Beck Piotra Zychowicza, która wydaje się być wyrazem takich potrzeb. Kłócić się można oczywiście, jak świadczy to o naszym społeczeństwie. Literatura fantasy, w której polscy żołnierze lądują na Marsie czy przenoszą się w czasie, aby pomóc Armii Krajowej, do rzadkich nie należy. Nawiązania do takich właśnie zjawisk kulturowych nie są trudne do wyłapania w najnowszym obrazie Machulskiego. W moim odczuciu, po niezbyt udanym porównaniu z wcześniejszymi obrazami, przeszedł bez większego echa jeden z jego poprzednich filmów – Ile waży koń trojański, którego bohaterka również cofa się w czasie. Filmem tym reżyser pokazał, że znów jest w formie. Scenariusz Ambassady, jak zostało wspomniane, dość luźno opierający się na faktach historycznych, jest zadziwiająco przystępny i lekki w odbiorze. Absurdalność zachowań niektórych bohaterów, szczególnie nazistowskich oficjeli, wcale nie jest przesadnie teatralna. Przeciwnie; okazuje się, że uwikłani byliśmy w pewien schemat myślenia o oprawcach. Schemat, który Machulski skutecznie rozbraja.

Zaskakująco dobrze na dużym ekranie sprawdził się Adam „Nergal” Darski. Paradując w nazistowskim mundurze, którego agresywna symbolika wyjątkowo dobrze współgra z delikatnością rysów i oszczędną mimiką Darskiego, jest chodzącym pamfletem na wyznawców Hitlera. Para głównych bohaterów, Mela i Przemek, grani przez Magdalenę Grąziowską i Bartosza Porczyka, również spisują się dobrze. Ich postaci, rozlazły i marudny niespełniony pisarz i będąca jego przeciwieństwem pragmatyczna, bardzo energiczna, debiutująca aktorka, pod nieobecność stryja, którego gra Jan Englert, opiekują się jego mieszkaniem. Mieści się ono w budynku, w którym przed wojną znajdowała się niemiecka ambasada. Dzięki temu zabiegowi – grze przeciwieństw – udało się stworzyć kilka komicznych sytuacji. Myślę, że niektóre z wypowiadanych przez nich kwestii, jak np. „W zeszłym roku Open’er, a teraz to” mogą z powodzeniem przejść do języka potocznego.

Za sprawą zbiegów akcji i wadliwie działającej windy, główni bohaterowie przenoszą się w czasie do sierpnia 1939, do niemieckiej ambasady, gdzie trwają przygotowania do 1 września. Poznają tam dziadka Przemka, młodego polskiego patriotę, który ma za zadanie wykraść Enigmę. Za sprawą zderzenia światów Mela zostaje wzięta za jasnowidza, co rozpoczyna paradę mnożących się problemów. Aby to sprawdzić, w tajemnicy do Warszawy przyjeżdża sam Hitler.

Robert Więckiewicz ostatnimi czasy szczególnie chętnie wciela się  w role wąsaczy. I robi to doskonale. Zabawa formą, nonszalancja wręcz, z którą odgrywa i przy okazji ośmiesza postać wodza III Rzeszy, jest ogromnie mocną stroną tej produkcji. Wpływa też na „uczłowieczenie” jednego z największych zbrodniarzy w historii. Scena, w które oddaje się on defekacji przy lekturze Karola Maya, będąc przy tym ubranym niemalże jak kreskówkowy superbohater (nawet majtki nosi ze swastyką), wzmaga jeszcze wrażenie groteskowości.

Ambassada jest więc czymś, czego potrzebowaliśmy. Symboliczny obraz sądu nad Hitlerem, sądu ofiar nad oprawcą, nie jest tylko alternatywną wizją historii. Jest czymś, na co my, Polacy, czekaliśmy od dawna, swoistym remedium na naszą narodową chorobę i narodowe kompleksy. Nawet, jeśli przeprowadzony jest z najmniejszą możliwą dawką przemocy, za pomocą ostrej jak brzytwa kartki papieru.

Choćbym bardzo chciał, prawdopodobnie film ten nie przejdzie do galerii klasyków kina, nawet pomimo towarzyszących mu kontrowersji. Wizja Warszawy bez Pałacu Kultury, Warszawy wielu kultur i języków, jest swoistą nostalgiczną wycieczką w świat, którego już nie ma, który został nam odebrany. I nic to, że kot Winston w pojedynkę zmienia historię, że efekty specjalne kiepskie, że „źli ludzie zepsuli nam patriotyzm”. Warto obejrzeć ten film, otworzyć dodatkową przegródkę w głowie i wpuścić odrobinę świeżego powietrza.