Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Wójcik  19 października 2013

Naćpany konserwatysta

Piotr Wójcik  19 października 2013
przeczytanie zajmie 5 min
Naćpany konserwatysta wikimedia, CC

Na pierwszy rzut oka Philip Dick mógłby być idealnym kandydatem na sztandary różnych „postępowych” środowisk – pochłaniający wielkie ilości amfetaminy dziwak z Kalifornii, wieczny outsider i miłośnik spiskowych teorii (m.in. podważał istnienie Stanisława Lema). Nic bardziej mylnego: powieści legendy science-fiction powinny być przede wszystkim inspiracją dla konserwatystów. Szczególnie tych awangardowych.

Lata 70. Sąd Najwyższy w USA w sprawie Roe versus Wade wydaje wyrok, który sprawia, że rzekomo konserwatywne Stany Zjednoczone w kwestii aborcji stają się bardziej europejskie niż Europa. Gdy w związku z tym ruchy „pro-choice” zaczynają się rozkręcać, dzieci nienarodzone dostają wsparcie z dosyć nieoczekiwanej strony – bierze je w obronę uzależniony od narkotyków pisarz science-fiction. Philip Dick swym bezpardonowym atakiem na aborcję w opowiadaniu Przedludzie kreśli porażającą wizję świata, w którym dziecko zabić można do 12. roku życia. Tyle czasu mają rodzice, by ostatecznie stwierdzić, czy pociecha rzeczywiście ich cieszy, czy może wręcz przeciwnie. Gdy okaże się, że jest ono jednak balastem, trafia na 30 dni do specjalnego ośrodka, w którym łaskawie daje mu się szansę na adopcję. Jeśli popyt na tytułowych przedludzi okaże się niewystarczający, maluchy czeka bezbolesna i humanitarna, żeby nie powiedzieć wręcz przyjemna, śmierć. A w zasadzie jaka śmierć? Przecież 11-latek to jeszcze nie jest człowiek.

Opowiadanie spotkało się z wielką krytyką niektórych środowisk, szczególnie ze strony Ursuli Le Guin, czołowej feministki wśród autorów science-fiction. I trzeba uczciwie przyznać, że była to krytyka częściowo uzasadniona – obraz kobiet w noweli był wyjątkowo negatywny. Opisane zostały one jako skończone egoistki, pozbawione nawet krzty instynktu macierzyńskiego. Jednak pomimo tego niesprawiedliwego dla zdecydowanej większości przedstawicielek płci pięknej obrazu, Przedludzi należy traktować z wielką powagą. Szczególnie dziś, gdy postulaty aborcji postnatalnej są coraz częściej wysuwane przez czołowe autorytety lewackiej awangardy. Choćby przez Petera Singera (jego teksty są obszernie analizowane także na polskich uniwersytetach), który w przypływie miłosierdzia proponuje, by dzieci miały jednak krótszy okres próbny – kilkadziesiąt dni po urodzeniu.

Tymczasem nabuzowany speedem i owładnięty profetycznymi wizjami Dick już wtedy wiedział, do czego filozofia „decydowania o swoim własnym brzuchu” może finalnie doprowadzić.

A połączenie talentu literackiego i chorobliwej wręcz wyobraźni dało niesamowity efekt wgniatającej w fotel prozy antyaborcyjnej.

Słysząc o religijnych wizjach Philipa Dicka i jego narkotykowych wojażach, można by wysnuć wniosek, że był on zwolennikiem quasi-mistycznych teorii i modnych w jego czasach ruchów à la New Age. Jednak taki obraz miałby tyle wspólnego z rzeczywistością, co wizja kobiet z Przedludzi. Po lekturze Trzech stygmatów Palmera Eldtritcha widać wręcz wielka pokorę przed Tajemnicą, z którą miał do czynienia – lub wydawało mu się, że ma. Po długiej nieobecności powraca na Ziemię celebryta Palmer Eldritch, który obiecuje ludziom życie wieczne w raju stworzonym przy pomocy nowego narkotyku Chew-Z. Na wieść o tym zaczyna się wielkie poruszenie – i rozgrywka o rynek legalnych narkotyków, tak jak o odkrycie, kim naprawdę jest Eldritch. Z jednej strony postawiony pod ścianą, a z drugiej w pewien sposób zafascynowany Eldritchem, główny bohater Barney Mayerson wdaje się z nim w ryzykowną grę, która zaprowadza go na skraj załamania. Dick na postawione pytania wyjaśnień wprost nie serwuje, a interpretacji tego wielowymiarowego dzieła jest pewnie tyle, co jego czytelników. Udający Boga Eldritch okazuje się być jednak zwykłym szarlatanem, który za pomocą tanich sztuczek próbuje zdobyć posłuch, wykorzystując naiwność i ludzkie słabości. I o tym przede wszystkim jest ta powieść: o zagrożeniach płynących z przesadnej chęci poznania prawdy o świecie i stworzeniu. Nieprzygotowany na mistyczne doznania człowiek, otwierający zanadto duszę na świat nadprzyrodzony bez wcześniejszego, dużo bardziej przyziemnego, lecz niezbędnego umocnienia się na fundamencie aksjologicznym, staje bezbronny wobec potęgi Tajemnicy – a także różnych bałwochwalczych sekt, niszczących świadomość narkotyków lub obłudnych hochsztaplerów. Trzy stygmaty…  ukazują, jak niebezpieczny może być mistycyzm, do czego może doprowadzić zabawa w Boga albo myśl, że można bez konsekwencji wejść z Nim w kontakt. Prawda o Bogu nas przerasta. Możemy jedynie przyswajać te szczątkowe informacje, które On sam przed nami odsłania. Gdy boskie ślady zaczyna interpretować ktoś do tego nieprzygotowany, może narobić w efekcie wielu szkód: od stworzenia fałszywych ideologii aż po osunięcie się samemu w szaleństwo. Przeznaczeniem człowieka nie jest odsłonięcie całej prawdy o Bogu, ale odpowiadanie na te skąpe boskie wezwania poprzez wypełnianie Jego woli.

Tylko podporządkowując się czemuś większemu od siebie człowiek może być naprawdę wolny, nie dając zniewolić się drugiemu. Jednak podporządkowanie Bogu to także uznanie Tajemnicy i swojej małości wobec niej. Wszystkie te prawdy przemawiają z kart Trzech stygmatów… celniej i mocniej niż niejedno dzieło teologiczne.

I Barney w wyjątkowo dosadny sposób odczuje je na własnej skórze.

Jednak Dick nie zatrzymuje się na ocenie kondycji współczesnego człowieka. Z jego dzieł wyczytać można także najlepsze, według niego, rozwiązanie dla ludzkiego życia. I jest ono zaskakująco skromne, należy wręcz powiedzieć: tradycyjne.

Jest nim zrezygnowanie z chorych ambicji, znalezienie „swojego kawałka podłogi” na tym świecie i skupienie na codziennej ludzkiej egzystencji, założeniu rodziny, sumiennej pracy, byciu uczciwym człowiekiem. Zmęczeni potyczkami z rzeczywistością i poszukiwaniem prawdy, przygnieceni lekcjami, które dało im życie, bohaterowie Dicka jeden po drugim do takich wniosków dochodzą.

Podłamany Barney Mayerson, emigrując na Marsa, w zaskakujący sposób właśnie tam odnajduje swe miejsce w życiu, odkrywając budzące się uczucie do poznanej chrześcijanki (czyli członkini ginącej sekty dziwaków) i czerpiąc satysfakcję z prostej pracy na marsjańskich polach. Frank Frink w Człowieku z Wysokiego Zamku po rozstaniu z dziewczyną znajduje w sobie siłę, by spróbować otworzyć własny biznes. Ponosi pierwsze porażki, następnie wpada w ręce nazistów. Co robi, gdy zostaje cudem ocalony? Wraca do warsztatu, by po prostu robić swoje i pracować, nie zważając na przeszkody. Wciąż podskórnie wierzy w sens swego działania i powrót ukochanej. Jason Taverner z Płyńcie łzy moje, rzekł policjant, pewny siebie gwiazdor i celebryta, odkrywa wagę tradycyjnych wartości wtedy, gdy nagle i niezrozumiale dla siebie traci wszystko. Zachodzi w nim głęboka wewnętrzna przemiana, dzięki której zaczyna dostrzegać to, na co wcześniej był ślepy.

Niewątpliwie Philip Dick pisał poruszające historie, przemycając w nich przekaz zaskakująco bliski osobom utożsamiającym się z tradycyjnym spojrzeniem na świat. Kreował bohaterów, z którymi naprawdę można się identyfikować – zwyczajnych, pełnych słabości, przeniesionych w nadzwyczajne okoliczności science-fiction, a mimo to tak przypominających współczesnych ludzi, znajomych niczym koledzy z sąsiedztwa. Pełnych wątpliwości, wad, ale w pewnym momencie znajdujących w sobie siłę tego rodzaju, której wcześniej nie wyczuwali.

Można dojść do wniosku, że narkomania Dicka nie była dla niego łatwą drogą do uzyskania niecodziennych doznań, lecz ucieczką od świata, który go coraz bardziej przerażał. Wyrazem tęsknoty za uporządkowanym światem, w którym człowiek jest tylko człowiekiem, a wszystko inne znajduje się na swoim miejscu. Takiej tęsknocie każdy konserwatysta powinien przyklasnąć.