Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Konrad Hennig  19 października 2013

Hennig: Budżet obywatelski – narzędzie czy zabawka w rękach polityków?

Konrad Hennig  19 października 2013
przeczytanie zajmie 3 min
Hennig: Budżet obywatelski - narzędzie czy zabawka w rękach polityków? materiały promocyjne akcji

Instytucja budżetu obywatelskiego ma szansę stać się niebawem stałym elementem zarządzania częścią budżetów samorządowych. W prosty sposób (poprzez głosowanie internetowe) daje obywatelom możliwość wyboru pomiędzy remontem chodnika na ulicy A lub B; budową skateparku lub placu zabaw dla dzieci; rewitalizacją skweru bądź remontem schroniska dla zwierząt.

To wybór faktyczny czy tylko pozorny? Gdzieś w tyle głowy pojawia się u mnie obawa, że cały ten wybór może być fikcją, a budżet obywatelski staje się zabawką w rękach polityków w celu zdobywania poklasku obywateli. Przyjrzymy się fundamentalnej idei, jakiej służyć ma to rozwiązanie.

W deklaracjach polityków budżet obywatelski przesunąć ma ciężar podejmowania decyzji o wydatkach publicznych z rządzących na samych obywateli. Przynieść ma ten sam skutek efektywnej alokacji zasobów, co tzw. głosowanie nogami, uzyskiwane przy wprowadzeniu bonu edukacyjnego, przedszkolnego, zajęć pozalekcyjnych, kulturalnych, sportowych. Jednak podczas gdy w ich przypadku następują zmiany systemowe, budżet obywatelski jest wyłącznie implantem na poziomie kilku, kilkunastu bądź nawet, jak w przypadku rozwiązania łódzkiego, dwudziestu milionów złotych.

Przed rokiem, na etapie projektowania przez władze Łodzi budżetu obywatelskiego, pisałem o jego antyobywatelskim charakterze. Prognozowałem wtedy:

Po pierwsze, stwarzając wrażenie „uobywatelnienia”, nie wzmocni trwale więzi społecznych (nie stworzy żadnych pożytecznych instytucji). Zaangażuje w nieskuteczne działania energię polityków, urzędników i dziennikarzy, zapychając pustymi kaloriami ich wyrzuty sumienia, iż od lat w naszym mieście nie dzieje się dobrze. Po drugie, utrwali szkodliwe wyobrażenie zarządzania miastem jako rozrywania worka z pieniędzmi pomiędzy najsilniejsze grupy interesów. Budżet obywatelski tworzony jest przez analogię do fatalnego budżetu lokalnego Łodzi. Nie rządzi nim żadna logika, nie ma określonych priorytetów, nie dąży do osiągnięcia jakichkolwiek rezultatów. Władze miasta zdają się mówić: „Macie i szarpcie”.

Taki kwiatek do przeżartego przez mole kożucha miałby może pewną wartość, gdyby stać nas było na kosztowne ozdoby. Ale w obecnej sytuacji, gdy kwiatek pochodzić ma z nagrobka naszych dzieci, wydaje się, że coś jest nie w porządku. Władze publiczne nie powinny zadłużać miasta dla zdobycia poklasku niezbyt przenikliwej, choć hałaśliwej grupy nacisku. Wielkim wyzwaniem, jakie stoi przed politykami, jest nie tylko godzenie sprzecznych interesów, lecz również wyznaczanie ograniczeń dla władzy publicznej, do których należeć powinien zakaz zadłużania miasta.

Niestety brakuje nam, obywatelom, przenikliwości uniemożliwiającej politykom kupowanie naszego poparcia na kredyt zaciągnięty pod zastaw dochodów naszych dzieci. Brakuje również umiejętności odróżnienia trwałych instytucji, budujących zaangażowanie obywatelskie, od kosztownych igrzysk z chlebem rzucanym na trybuny. A politycy nie dojrzeli jeszcze do zarządzania długoterminowego, tworzenia i realizowania wielkich wizji. Uchwalona nie dalej jak dwa lata temu Strategia Zintegrowanego Rozwoju Łodzi 2020+ pozostaje martwym dokumentem, gdyż nie przełożyła się na jakiekolwiek zmiany w strukturze budżetu miasta na przestrzeni ostatnich lat.

Planowanie budżetu powinno iść w drugiej kolejności za strategicznym zarządzaniem rozwojem miasta. Władze samorządowe są odpowiedzialne za wyznaczenie priorytetów rozwojowych i to w pierwszej kolejności w tym obszarze powinny wsłuchiwać się w opinie mieszkańców. Tymczasem konsultacje strategii rozwoju miasta odbywały się w zaciszu gabinetów, gdzie dano szansę wypowiedzi tylko najbardziej wpływowym i krzykliwym grupom interesu. Głos niezorganizowanych obywateli (czyli taki, jaki wyraziło 130 tysięcy łodzian) nie był wówczas brany pod uwagę.

Podobnie przy projektowaniu najważniejszej fazy budżetu, czyli przy dokonywaniu podziału budżetowego tortu: 40% na inwestycje infrastrukturalne, 10% na sport, 20% na edukację itd. – głos mieszkańców nie jest słyszany. Na konsultacjach budżetu Łodzi obywatele usłyszeli, że ich prośba o remont chodnika wzdłuż parku staromiejskiego pochłonęłaby całą kwotę przeznaczoną na utrzymanie chodników na Bałutach. Nikt nie zająknął się przy tym, że problem leży zatem w błędnej alokacji środków, przeznaczanych hojną ręką na wielkie, bezsensowne inwestycje, a nie na kluczowe dla mieszkańców elementy małej architektury i na ułatwienia codziennego życia.

Czy cokolwiek zatem wynika z rozstrzygniętego w ubiegłym tygodniu głosowania na budżet obywatelski w Łodzi? Obawiam się, że tylko tyle, że rządzący mogą z nami zrobić wszystko. Zmanipulować, oszukać, wykorzystać, pozbawić pieniędzy i możliwości rzeczywistego wyboru. Nikogo nie wzruszy bezsens istniejących od lat Rad Osiedli, które dotychczas zgłaszały projekty w konkursach rozstrzyganych przez urzędników. Już wkrótce „obywatele” zamienią się w wyborców i słuchać będą z zadowoleniem, jak wiele od nich zależy. Jak chłopi pańszczyźniani, którzy dla zaspokojenia głodu mogli wybierać pomiędzy szczawiem i pokrzywą. Bo czy wybór pomiędzy remontem schroniska dla zwierząt a klubu seniora jest wyborem, którego faktycznie chcielibyśmy dokonywać?