Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Grzegorz Oleksy  15 października 2013

Oleksy: W jak referendum

Grzegorz Oleksy  15 października 2013
przeczytanie zajmie 8 min
Oleksy: W jak referendum materiały prasowe pis

Jeśliby wskazać wśród wszystkich liter polskiego alfabetu jedną, która w ostatnich tygodniach i miesiącach zrobiła największą furorę na polskiej scenie społeczno-politycznej, niewątpliwie byłaby to litera „W”.

Ciągnący się od początku roku spór sądowy o prawo do używania jej w tytule jednego z prawicowych tygodników zdawał się wyczerpać na długie miesiące atrakcyjność i chwytliwość „W” w społecznym odbierze. Jednak zakończona w ubiegłym tygodniu kampania referendalna w stolicy pokazała, że spór miedzy braćmi Karnowskimi a panem Hajdarowiczem był jedynie preludium emocji, jakie wywoływać jest w stanie dwudziesty ósmy znak naszego alfabetu.

W jak niewypał

Decyzja o umieszczeniu litery „W” na plakatach referendalnych Prawa i Sprawiedliwości, skutkująca włączeniem związanej z nią symboliki historycznej do bieżących działań politycznych, była swoistą manną z nieba dla sztabu Hanny Gronkiewicz-Waltz. Trudno bowiem wyobrazić sobie lepszy prezent dla socjotechników z PO, niż wystawienie na główne sztandary kontestatorów rządów pani prezydent symbolu, który budzi w całych pokoleniach wiele emocji i przeżyć. W tym przypadku umieszczenie „W” na tle postrzępionego szarego muru każdemu, kto o historii stolicy wie cokolwiek, od razu nasuwało skojarzenia z wydarzeniami sprzed sześćdziesięciu dziewięciu lat. Można było w ciemno obstawiać, iż fakt ten zostanie wykorzystany jako idealny materiał na płachtę, która przykryje finiszujący, obywatelski protest punktujący niedociągnięcia i nadużycia aktualnego obozu stołecznej władzy. Towarzysząca kampanii niekonsekwencja w interpretacji jej przesłania, prezentowana przez przedstawicieli partii Jarosława Kaczyńskiego, była już tylko uzupełnieniem wartkiego nurtu medialnej machiny, którą poruszyli, decydując się na taki właśnie leitmotiv kampanii.

Można zadać tutaj pytanie, czy umieszczenie na plakatach kojarzącego się z historią stolicy „W” nie miało na celu sprowokowanie takiej właśnie reakcji. Mocny przekaz gwarantował bowiem wyjście na czoło konfederacji przeciwnych Hannie Gronkiewicz-Waltz oddolnych inicjatyw społecznych i politycznych, a w konsekwencji pociągnięcie kampanii referendalnej pod swoim szyldem. Ewentualny sukces byłby wówczas w pierwszej kolejności zwycięstwem PiS, w dalszej zaś mierze samorządowców i innych grup inicjatywnych. Korzyści w postaci rozgłosu i przejęcia pałeczki głównego organizatora były jednak niewspółmierne z ryzykiem wykorzystania zaistniałej kontrowersji do skupienia właśnie na niej trwającej kampanii. Do tego dochodziło niebezpieczeństwo konfliktu ze środowiskami kombatanckimi, jak również dalekosiężne konsekwencje w postaci zarzutu instrumentalnego traktowania symboli heroizmu i odwagi do partykularnej walki o władzę. Środowisko, które wokół polityki historycznej dość skutecznie budowało i buduje identyfikację swoich zwolenników, teraz występując w przypadku sporów o pamięć i tożsamość z pozycji obrony tradycji, mogło być łatwo odbijane argumentem stosowania co najmniej podwójnych standardów.

By właściwie zobrazować błąd, nieroztropność czy może nawet ryzykanctwo spin doktorów decydujących się na taką formę kampanii referendalnej, należy wykazać, czym w istocie (godzina) „W” w historii miasta stołecznego była. W tym celu cofnąć musimy się do ostatnich tygodni poprzedzających jej zarządzenie, w których to przesądzone zostały losy Warszawy i jej mieszkańców.

W jak heroizm

Godzina W stanowiła kryptonim rozkazu do rozpoczęcia walki zbrojnej w stolicy w dniu 1 sierpnia 1944 roku o godzinie 17:00, wydanego 31 lipca 1944 roku o godzinie 19:00 przez płk „Montera” Antoniego Chruściela; walki ustalonej w planie operacyjnym Sztabu Komendy Głównej AK. Z tej perspektywy „W” jest dziś utożsamiana ze spełnieniem marzeń milionowego miasta upadlanego przez długich pięć lat nazistowskiej, bezkarnej tyranii. Jest więc symbolem nieustępliwości, odwagi i patriotyzmu, jak również, co oczywiste, chęci zemsty społeczeństwa warszawskiego. Taka figura historycznego heroizmu nie jest jednak pełną definicją godziny W. Jak każda bowiem karta, tak i ta ma swoją drugą stronę.

W jak rozwaga

Latem roku 1944 wizja zwycięstwa Niemiec w II wojnie światowej wydawała się czystą iluzją. Rozwijająca się od wybrzeży Normandii operacja Overlord na zachodzie, wyzwolenie Rzymu na południu i nieuchronnie toczący się czerwony walec od wschodu nadawały widmu klęski nazistowskich Niemiec coraz bardziej wyrazistych kształtów. Letnia ofensywa sowiecka na środkowym odcinku frontu doprowadziła do przełamania niemieckich linii i otwarcia drogi na Warszawę. W Polsce tymczasem, na terenach przyfrontowych, Armia Krajowa realizowała akcję „Burza”, która dopuszczała operacyjną współpracę z nacierającymi oddziałami radzieckimi; zakładała przejmowanie z rąk uchodzących Niemców władzy w terenie i przyjmowanie z pozycji gospodarza wkraczającej Armii Czerwonej. W praktyce bolszewicy akceptowali współpracę z oddziałami polskimi, by potem rozbrajać je i aresztować ujawnionych członków podziemia. Co do walk w samej Warszawie, to przewidywał je stworzony w 1941 lub 1942 roku plan przejęcia kontroli nad stolicą. Zakładał on – zgodnie z opinią płk Janusza Bokszczanina, publikowanej w książkach m.in. Jana Ciechanowskiego – akcję zbrojną o charakterze raczej policyjnym, mającą na celu opanowanie Warszawy i uchronienia jej ludności i majątku przed agresją z rąk straży tylnych cofających się i pobitych już Niemców. Główną ideą planu było więc rozpoczęcie starć „nie za wcześnie”, by zminimalizować straty i osiągnąć wyznaczone cele. Godzina rozpoczęcia walki powinna zostać wyznaczona na porę nocną, co poza elementem zaskoczenia miało zniwelować niemiecką przewagę w uzbrojeniu i ograniczyć straty w polskich oddziałach; pozwoliłoby to również na ograniczenie strat wśród znajdujących się na ulicach cywilów. Wobec Niemców przewidywano wypchnięcie ich z Warszawy przez pozostawione linie odwrotu, co z kolei miało ograniczyć ryzyko tworzenia „niemieckich bastionów obrony” w mieście i skracać do minimum czas walk.

W marcu 1944 roku Warszawa została jednak z planu „Burza”, a więc planowych walk w mieście, wyłączona. Potwierdzeniem tego faktu są chociażby meldunki głównodowodzącego Armii Krajowej z lipca 1944 roku. Generał Bór-Komorowski jeszcze 14 lipca informował rząd polski w Londynie, iż odwrót niemiecki na tym odcinku frontu robi wrażenie odwrotu armii pobitej, a mimo to wskazywał na niemożność przeprowadzenia w Warszawie powstania, ze względu na przygotowania Niemców do obrony „każdego niemal budynku” i wynikające z tego przewidywane zbyt duże straty własne. W następstwie powyższego, miesiąc przed zarządzeniem godziny „W” ze stolicy wywożono w teren broń w liczbie setek karabinów, pistoletów szturmowych i amunicji.

W jak improwizacja

Pomysł przeprowadzenia walki w Warszawie miał pojawić się na nowo w oficjalnych rozmowach członków Komendy Głównej dopiero około dziesięciu dni przed jej faktycznym wybuchem. Na tę zasadniczą zmianę wizji gen. Bora i podkomendnych wpływ miały porażki niemieckie w starciach na środkowym odcinku frontu w drugiej połowie lipca, zamach na Hitlera, powstanie komunistycznej marionetki PKWN w Lublinie, radzieckie wezwania do walki o Warszawę oraz, a być może przede wszystkim, prące do konfrontacji, nie znające wątpliwości stanowisko wyższego oficera dyplomowanego, Leopolda Okulickiego, który w kraju przebywał dopiero od końca maja. Jest on przez wielu uznawany za głównego orędownika i propagatora walki w Warszawie, który do swego poglądu o konieczności podjęcia walki „byle nie za późno” zdołał przekonać czynniki decyzyjne AK. Zasadnicza ta zmiana wpłynęła na istotne modyfikacje w odkurzonym planie walki, między innymi poprzez ograniczenie czasu mobilizacji do dwunastu godzin. Moment rozpoczęcia starć przesunięto na 17:00, co miało umożliwić zaskoczenie wartowników niemieckich przez powstańców wmieszanych w „olbrzymie tłumy” przewalające się o tej porze przez arterie stolicy.

W jak wahania

Przy akompaniamencie dochodzących zza Wisły pomruków radzieckiej artylerii, Komenda Główna stanęła więc w ostatnich dniach lipca na rozdrożu. Z jednej strony rozrywana gorączkowym rozpoznaniem terenu, mającym gwarantować odpowiednio wczesne zarządzenie alarmu, który umożliwi z kolei odbicie miasta z rąk niemieckich przed wejściem Sowietów, z drugiej mrożona kubłami „defetystycznych” meldunków o opłakanym stanie uzbrojenia oddziałów, brakiem jakiejkolwiek wiedzy co do zachowania się nadciągającej Armii Czerwonej, ostrzeżenami z Londynu o braku możliwości wymiernej pomocy dla ewentualnego powstania, a nawet o jego nikłej sile oddziaływania na decyzje aliantów (przebywający wówczas w stolicy Jan Nowak-Jeziorański powiedzieć miał, iż ewentualne powstanie dla opinii Zachodu nie będzie niczym więcej niż burzą w szklance wody). W efekcie nawet posiedzenie Komendy Głównej 31 lipca, zakończone około godziny czternastej, nie przyniosło wyczekiwanej decyzji gen. „Bora”; wskazywało wręcz na brak przesłanek do podjęcia walki.

Jednak jeszcze tego samego dnia, około czterech godzin później, Tadeusz Bór-Komorowski wydał dowódcy okręgu warszawskiego polecenie rozpoczęcie operacji „Burza”. Powodem tej zasadniczej zmiany był meldunek płk Antoniego Chruściela z godziny 17:00 o sowieckich czołgach na Pradze, zwiastujący rychłe wejście Armii Czerwonej do miasta. W około godzinę po rewelacjach Chruściela spłynęły do sztabu informacje zasadniczo odmienne, mówiące o koncentracji niemieckich jednostek pancernych na wschód od miasta i podejmowanym przezeń przeciwuderzeniu. Mimo fundamentalnego rozdźwięku z meldunkiem „Montera”, decyzji dowódcy AK nie zmieniły.  Efektem był rozkaz bojowy wyżej wymienionego komendanta okręgu warszawskiego, w którym zarządzał godzinę „W” na 17:00 dnia 1 sierpnia 1944 roku.

W jak legenda

W wyniku tak przygotowanej akcji, do walki o oswobodzenie milionowego miasta stanęło do pięciu tysięcy uzbrojonych żołnierzy Armii Podziemia. Kolejnych kilkanaście tysięcy wyruszyło w bój bez choćby broni szturmowej. Zdecydowana większość naszych żołnierzy nie miała doświadczenia wojskowego, a spory odsetek nie przekroczył dwudziestego roku życia. W pierwszym dniu walk nie udało się zdobyć żadnego z mostów na Wiśle, a w zmaganiach z wrogiem poległo około dwóch tysięcy żołnierzy polskich. Bezbrzeżny patriotyzm i odwaga tak Armii Powstańczej, jak i ludności cywilnej były jedyną składową godziny „W”, która pozwoliła jej na zaistnienie w formie historycznego symbolu tożsamościowego. Pozostałe przesłanki warunkujące tę akcję okazały się bowiem fałszywe, błędne i nierealne. Planowane na trzy dni dni zmagania zbrojne trwały ponad dwadzieścia razy dłużej, Niemcy nie upadły w najbliższych dniach, jednostki nazistowskie stacjonujące w mieście nie złożyły broni, Sowieci nie przyszli z pomocą, nie przylecieli również alianci, ofiara nie poruszyła sumień Zachodu. Powstał za to zaczyn niepowtarzalnej legendy bezwarunkowej odwagi, formującej kolejne pokolenia mieszkańców stolicy i całego kraju – nie był on jednak w żaden sposób zakładany przez dowództwo Armii Krajowej jako cel powstania.

W jak frekwencja

Powracając do czasów współczesnych, decyzja o umieszczeniu litery „W” na plakatach przedreferendalnych kojarzy mi się bardziej ze spontanicznością i brakiem chłodnej analizy skutków własnych działań w Komendzie Głównej AK w ostatnich dniach lipca 1944 roku, aniżeli z historyczną legendą, która wzmagać ma chęć tworzenia wielkiej Warszawy. Efektem nadania kampanii referendalnej wiodącego tonu akcji politycznej z tak silnymi akcentami historycznymi było rozmycie jej oddolnego i społecznego charakteru, który stanowił jej największą siłę. Argumentów nadających się do wyłożenia na nagłówki kampanijnych prospektów i ulotek było aż nadto. Począwszy od stosunku partii obywatelskiej do referendum, przez efektywność rządów urzędującej pani prezydent, na weryfikacji składanych obietnic wyborczych kończąc. Nie skorzystano z niewiadomych przyczyn z doświadczeń zdobytych w Elblągu, gdzie wizja budowy portu siłą swojej perspektywy stała się taranem, którym lokalni działacze prawicowi rozbili dotychczasowy układ sił politycznych. W Warszawie można było pójść podobną drogą. Kampania oparta na wizualizacjach mostów, które nie powstały, a powstać miały, jest pierwszą z brzegu, która przychodzi mi na myśl. Przekaz podtrzymywałby sens obywatelskiej akcji z samą wymową urządzenia, jakim jest most, który łączy, kojarzy się pozytywnie, pro, a nie contra. Kampania byłaby też rozkładana na okres dłuższy niż sama punktowa „W”, gdyż ktoś te mosty musiałby w dalszej perspektywie zbudować.  Ryzyko uczynienia z racjonalnego postulatu tematu zastępczego nie wchodziłoby w grę, a nawet niepowodzenie w referendum dawałoby wartość dodaną w postaci prezentacji innej twarzy, nastawionej na konkrety i otwartej na działania oddolne partii. Oczywiście opcji utrzymujących wrażenie obywatelskości referendum byłoby więcej – każda, która nie doprowadzałby do tak mocnego upartyjnienia przekazu i kontrowersji wokół historycznych nawiązań, byłaby lepsza niż ta, którą zastosowano.

Celowe wykorzystanie symbolu o tak złożonym rodowodzie i tak wielowątkowych skutkach jest w moim odczuciu zabawą zapałkami na beczce prochu. Wachlarz tematów poruszanych w publicznej debacie, dla których może on służyć jako środek wzmacniający przekaz, jest ograniczony w zasadzie do kwestii odnoszących się bezpośrednio do jego historycznego znaczenia, a więc bezprzykładnej odwagi i pragnienia wolności za najwyższą cenę, z zachowaniem należnego jej prawdziwym twórcom szacunku i czci. W przeciwnym razie użyty nawet w słusznej sprawie obraca się przeciwko celom, do których został wykorzystany. Po raz kolejny mogliśmy się przekonać, że zdolność doboru odpowiednich środków do realizacji zamierzonego celu jest w naszym życiu publicznym nieczęsto spotykaną cnotą.