Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Rafał Matyja  14 października 2013

Matyja: Niepełne zwycięstwo HGW

Rafał Matyja  14 października 2013
przeczytanie zajmie 2 min
Matyja: Niepełne zwycięstwo HGW Creative Commons/Wikimedia

Kto jest faktycznym zwycięzcą referendum? Hanna Gronkiewicz-Waltz i obóz rządzący czy jednak mimo wszystko Piotr Guział oraz Prawo i Sprawiedliwość? W końcu dość duża grupa warszawiaków udała się do urn.

Zwycięzcą formalnym jest Hanna Gronkiewicz-Waltz, której udało się utrzymać prezydenturę. Zrobiła ona wszystko w sferze PR oraz konkretnych ustępstw, aby utrzymać stanowisko i wychodzi na to, że się jej udało. Gdyby jednak okazało się, że frekwencja była odpowiednio wysoka i prezydent straciłaby mandat, wygranymi byliby organizatorzy referendum. Jest to dość prosty do interpretacji wynik – tylko jedna strona może czuć się wygrana. To, kto się cieszy, a kto się martwi, to całkowicie osobna sprawa.

Dlaczego rezultat okazał się niekorzystny dla organizatorów referendum? Gdzie został popełniony błąd? Czy chodziło o brak dobrego kontrkandydata dla prezydent Gronkiewicz-Waltz?

Wyraźnie widać, że w sensie wpływów i realnych sił wynik był bliski remisowi. Niewielka, dwuprocentowa zmiana mogła sprawić, że wszystko mogło się skończyć zdecydowanie inaczej. Przyczyną, dla której frekwencja nie była odrobinę wyższa, były forma i sposób zaangażowania się Prawa i Sprawiedliwości w kampanię. I to nie tylko jeśli chodzi o błąd z „Godziną W”, ale także wskazanie jako kandydata na fotel prezydenta Warszawy profesora Piotra Glińskiego, który moim zdaniem byłby w tej roli bardzo nieprzekonujący.

Skoro udało się jakiś czas temu w Elblągu, może w stolicy nie było już chęci zmiany?

Frekwencja w warszawskim referendum była wyższa niż w Elblągu – to, że skończyło się ono porażką, wynikało z tego, że poprzeczka wisiała wyżej. Gdyby wynik oscylował w okolicach siedmiu, dziesięciu czy dwunastu procent miałby Pan rację, mówiąc o braku chęci zmian, jednak jak już mówiłem, rozstrzygnięcie było bliskie remisowi. Z kolei udało się to Platformie Obywatelskiej – używając po raz kolejny straszaka w postaci Prawa i Sprawiedliwości. Myślę, że to odegrało istotną rolę w warszawskim referendum. Powiem wprost: rzeczywiście nie jest jak w Elblągu, gdzie prezydent stracił władzę, ale nie można powiedzieć, że nic nie ma na rzeczy i mieszkańcom stolicy obecna władza się podoba. Dwadzieścia siedem procent to jak na polskie warunki dość wysoki wynik, bardzo bliski zwycięstwa – sygnał niezadowolenia jest więc bardzo jasny. Chociaż, tak jak powiedziałem na początku, wygrała Hanna Gronkiewicz-Waltz, przynajmniej w perspektywie najbliższego roku.

Demokracja zwyciężyła czy doznała porażki w tym starciu? A może w ogóle nie możemy używać tutaj tego typu sformułowań?

Mimo wypowiedzi nieprzyjemnych dla obywateli ze strony najwyższych władz państwowych, za które zostaną rozliczone, to  demokracja jednak nie grała w tym meczu. To, że referendum się odbyło, jest dowodem na to, że demokracja funkcjonuje. Jako obywatel uważam postawę premiera i prezydenta za błędną. Zachowanie to ukazuje jednak raczej ich klasę niż realne zagrożenia dla demokracji w Polsce. Platforma Obywatelska pokazała się po prostu po raz kolejny jako partia władzy, która ma czynną tylko jedną półkulę mózgu – tę, która odpowiada za rywalizację z innymi, a nie używa tej, która nakazuje odpowiedzialność za siłę państwa czy autorytet instytucji publicznych.

Rozmawiał Bartłomiej Orzeł