Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Marcin Suskiewicz  8 października 2013

Suskiewicz: Co Newman wie o substancji?

Marcin Suskiewicz  8 października 2013
przeczytanie zajmie 3 min
Suskiewicz: Co Newman wie o substancji? Flickr/Lawrence OP

Wykłady profesora Petera Harrisona odbywały się w małym pokoju z kominkiem w Harris Manchester College. Przychodziło nie więcej niż dziesięć osób.

Było to grono dość osobliwe – kilkoro kandydatów obojga płci na anglikańskich duchownych (w każdym razie na nich wyglądali), parę starszych osób, jeden tajemniczy Polak w średnim wieku (hydraulik zainteresowany relacjami między nauką i religią, a może jezuita incognito?), no i ja, w miarę regularnie. Wykłady były raczej popularne, ale bardzo rzetelne, a najciekawsze okazywały się często krótkie dygresje i uwagi. Właśnie z ust profesora Harrisona, specjalisty od związków miedzy protestantyzmem i narodzinami nowoczesnej nauki, autora „The Bible, Protestantism and the Rise of Natural Science”, usłyszałem myśl, z którą się nigdy wcześniej nie zetknąłem: że nie jest przypadkiem, iż dwaj ważni przedstawiciele antyrealizmu naukowego, Pierre Duhem i Bas van Fraassen, są katolikami – że można mówić wręcz o czymś takim, jak katolicka tradycja antyrealistyczna w filozofii nauki (do której należałoby pewnie jeszcze dopisać – może na pierwszym miejscu – Michaela Dummetta).

Uwaga ta była dla mnie o tyle ważna, że właśnie z powodu pewnych słów Pierre’a Duhema –jakoby osoby zainteresowane filozofią przyrody powinny najpierw spędzić wiele lat w laboratorium – zdecydowałem się kiedyś na wybór takiej, a nie innej życiowej drogi, mimo iż probówki lecą mi z rąk (swoją drogą, mają Francuzi szczęście do wierzących naukowców: Louis Pasteur, prekursor wielu nauk, w tym mikrobiologii i krystalografii, mówił: Im więcej wiem, tym bardziej moja wiara przypomina tę starca z Bretonii; gdybym wiedział wszystko, miałbym wiarę bretońskiej staruszki). A było dla mnie to powiązanie katolicyzmu z antyrealizmem w pewnym stopniu szokiem – wydawało mi się, że najbardziej katolicką postawą filozoficzną jest jednak daleko idący realizm św. Tomasza, owo optymistyczne podejście, które – jak pisał kiedyś ładnie Miłosz – równą realność  przypisze zjawiskom takim, jak honor, męstwo, wierność i takim, jak burza wiosenna, dzień, noc, śnieżna droga. (…) Nie wiecznym kołem złudzeń jest istnienie – czytamy dalej w tym samym wojennym artykule poety o zaletach tomizmu – ale nieustającym dotykaniem konkretu, zrówno w jego materialnych, jak i duchowych formach. Rodzi się pytanie: jak to pogodzić z antyrealizmem książki „Scientific Image” katolika van Fraassena – swoją drogą, figury pierwszej wielkości w nowoczesnej filozofii nauki, nieco ekscentrycznego profesora Princeton – która każe brać w cudzysłów realność wszystkiego, czego nie widzimy gołymi oczami? (Ktoś mógłby powiedzieć, że to bardzo słabe kryterium pewnej realności: oglądanie gołymi oczami; że przecież ludzie mogliby mieć oczy o zdolności mikroskopów elektronowych, a wtedy rzeczywiste byłyby dla nas nawet atomy. Skąd jednak wiesz, posiadając te oczy, które posiadasz – ripostuje van Fraassen – że wówczas widzielibyśmy atomy, że one są w tak mocnym sensie realne, że byłyby widoczne, gdyby nie ograniczenia ludzkich oczu? Musisz to założyć na początku całego wywodu, a więc wpadasz w błędne koło).

Jak to pogodzić, do dziś nie bardzo wiem, choć myślę, że potrzebne jest coś w rodzaju rozróżnienia bł. kardynała Newmana na „pojmowanie rzeczywiste” (real apprehension), które jest dla nas dostępne i które odpowiada za realizm ludzkiego poznania, i „pojmowanie pojęciowe” (notional apprehension), które ma liczne ograniczenia, co z kolei przekłada się na względność (i – dodałby MacIntyre – uzależnienie od tradycji, do której należymy) każdego pojęciowego ujęcia świata. Uderzyło mnie jednak, że właśnie pewnego antyrealizmu wydaje się wymagać jeden kluczowy element naszej wiary – odróżniający nas od naszych braci odłączonych: prawda o transsubstancjacji chleba w Ciało Chrystusa. I rzeczywiście, słowa wspomnianego wcześniej Newmana na ten temat są jakby żywcem wyjęte z „Scientific Image”: Dlaczegożby tak właśnie być nie miało? Co stoi, może stać tu na przeszkodzie? Co wiem właściwie o substancji lub materii? Nie więcej, niż najwięksi filozofowie, czyli nic. I tak dalece można ten punkt widzenia podtrzymywać, że powstająca obecnie szkoła filozoficzna twierdzi, że cała nasza wiedza w fizyce nie sięga poza fenomeny. Nauka katolicka nie wchodzi w kolizje z fenomenami, nie mówi ona, że fenomeny znikają, przeciwnie, twierdzi, że pozostają one; nie mówi ona także, że jedne i te same fenomeny są naraz w różnych miejscach. Zajmuje się ona tylko tym, co do czego nikt nie wie nic na Ziemi: samymi materialnymi substancjami.

Tym właśnie cytatem starałem się zająć w swoim tekście w najnowszej tece „Pressji”. Bo jeśli o istotach rzeczy „nikt nic nie wie na Ziemi”, to czy nie prowadzi to do poznawczego chaosu i całkowitego relatywizmu? Nie – wydaje mi się – jeśli ów „antyrealizm” jest wpisany w religijny kontekst: w wizję rzeczywistości jako przenikniętej sensem Bożej liturgii. 

Szczegóły w „Tajemniczej substancji”, eseju z najnowszej teki kwartalnika Pressje.