Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
dr Marcin Kędzierski  30 września 2013

Dlaczego Polska nie ma swojego Harvardu

dr Marcin Kędzierski  30 września 2013
przeczytanie zajmie 7 min
Dlaczego Polska nie ma swojego Harvardu NKCPhoto, flickr

Polska jest czarną dziurą na mapie najlepszych uczelni wyższych na świecie. Taką opinię można uzyskać na podstawie wyników międzynarodowych rankingów. Dwa najlepsze polskie uniwersytety mieszczą się niezmiennie od lat w czwartej setce tego zestawienia, a pierwsze miejsce okupuje Harvard. Co się stało, że kraj, który kiedyś słynął z Akademii Krakowskiej, a za czasów II Rzeczypospolitej ze światowej klasy badaczy, nie odgrywa dziś istotnej roli w międzynarodowym dyskursie naukowym?

Grzechy główne edukacji wyższej w Polsce

O słabości polskich szkół wyższych nie mówią jednak wyłącznie międzynarodowe rankingi. W opinii zarówno pracowników naukowych, jak i absolwentów oraz studentów z Polski, którzy mieli okazję przebywać na zagranicznych uczelniach, poziom kształcenia na najlepszych uniwersytetach w takich krajach jak Wielka Brytania czy Niemcy wciąż przewyższa ten, który znamy z naszych rodzimych szkół wyższych. Dlaczego tak się dzieje? Do przyczyn tego stanu rzeczy możemy zaliczyć m.in.:

1) umasowienie studiów wyższych i obniżanie wymagań wobec kandydatów/studentów, co skutkuje niewystarczającą liczbą kadry akademickiej w przeliczeniu na jednego studenta,

2) niewystarczająca ilość oraz jakość szeroko rozumianych narzędzi dydaktyczno-naukowych (aparatura, laboratoria, etc.),

3) uzależnienie oceny pracowników dydaktyczno-naukowych od wskaźników naukowych, bez istotnego uwzględnienia jakości pracy dydaktycznej, co obniża motywację do poprawy jakości kształcenia; co więcej, próba obiektywizacji oceny naukowej skutkuje silną parametryzacją jednostek akademickich, która niekoniecznie prowadzi do podniesienia poziomu naukowego, a jedynie do zwiększenia obowiązków w zakresie kontroli,

4) niski poziom części starszej kohorty kadry akademickiej, której awans zawodowy zależał od układów politycznych w czasach PRL; problem ten przekłada się także na obecny model awansu zawodowego, zwłaszcza w zakresie procedury habilitacyjnej,

5) niski poziom umiędzynarodowienia szkół wyższych w Polsce, jak również współpracy międzyuczelnianej wewnątrz kraju,

6) słabość relacji uczelni wyższych z sektorem prywatnym oraz administracją samorządową,

7) słaba jakość zarządzania uczelniami wyższymi, skutkująca nieefektywnym wydawaniem środków finansowych,

8) niewystarczające finansowanie studiów wyższych, realizowane w oparciu o wadliwy system nie wspierający konkurencyjności.

W potocznym języku często stosuje się sformułowanie, że „jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze”. Nie inaczej jest w tym przypadku. Uczelnie wyższe przeżywają obecnie czas największej zmiany od kilkuset lat. Do połowy XX wieku, a w Polsce i innych krajach komunistycznych nawet do lat 90. ostatniego stulecia, edukacja wyższa była dobrem przeznaczonym dla nielicznych (choć nie zawsze dla najzdolniejszych). Ostatnie kilkadziesiąt, a zwłaszcza kilkanaście lat, to okres geometrycznego przyrostu liczby studiujących. W skali świata liczba studentów skoczyła niemal dwukrotnie: z 90 mln w 1991 roku do dużo ponad 150 mln obecnie. Przy zachowaniu istniejących modeli finansowania studiów z budżetu państwa, oznaczało to wprost dwukrotny spadek środków przeznaczonych na jednego studenta. Mając dodatkowo na uwadze zmiany demograficzne, takie jak stopniowy wzrost długości życia, spadek poziomu dzietności i starzenie się struktury społecznej, pojawiły się napięcia w budżetach państw ze względu na rosnące wydatki na cele społeczne. W rezultacie z roku na rok coraz trudniej jest zwiększyć nakłady na edukację wyższą.

Co więcej, poza zwiększeniem się liczby studentów na niespotykaną dotąd skalę, ze względu na wciąż przyśpieszający rozwój technologiczny rosną również koszty kształcenia. I to w równie zawrotnym tempie. W ciągu ostatnich 35 lat wynagrodzenia w USA wzrosły trzy-, może czterokrotnie. W tym samym czasie koszt czesnego wzrósł ponad dwunastokrotnie.

Z tego powodu od lat 80. XX wieku w coraz większej liczbie krajów wprowadzane jest współfinansowanie studiów wyższych, czyli przenoszenie części kosztów studiów na studentów. W Polsce, mimo że większość społeczeństwa oczekuje utrzymania bezpłatnych studiów, ponad połowa studentów płaci za edukację wyższą w ramach trybów zaocznych i wieczorowych.

Obecnie funkcjonujący w Polsce model finansowania studiów wyższych jest patologiczny – i to z trzech perspektyw: uczelni wyższych, studentów oraz polityki państwa. Po pierwsze, co zostało już wskazane, nie zapewnia on uczelniom wystarczających środków na kształcenie – jeśli chcą one pozyskać dodatkowe fundusze, zwiększają po prostu liczbę studentów na odpłatnych programach, co skutkuje obniżeniem poziomu studiów (zarówno ze względu na obniżenie kryteriów wejścia, jak i zwiększenie obciążeń dydaktycznych kadry akademickiej). Formuła „pieniądze idą za studentem” jest w obecnej postaci jednym z przekleństw edukacji wyższej w Polsce, zwłaszcza w powiązaniu z drugą formułą, tzw. „stałą przeniesienia”. Zgodnie z nią, uczelnia niezależnie od jakości kształcenia w kolejnym roku otrzymuje co najmniej 70% środków przyznanych w roku poprzednim. W praktyce konstrukcja wskaźników decydujących o pozostałych 30% nie stwarza żadnych bodźców do podniesienia jakości kształcenia. Sytuacji tej nie poprawia niż demograficzny – jego skutkiem będzie upadek uczelni prywatnych, nie zaś zwiększenie prawdziwej, a nie fasadowej konkurencji między uczelniami publicznymi w walce o studenta. W walce, w której główną bronią jest właśnie jakość studiów. Z tego samego powodu uczelnie publiczne wciąż nie odczuwają silnej potrzeby poszukiwania dodatkowych środków w sektorze prywatnym, zwłaszcza wśród absolwentów. Gdyby tak nie było, takie twory jak np. Stowarzyszenie Absolwentów Uniwersytetu Jagiellońskiego nie stałyby się martwe, gdyż uczelni nie stać byłoby na zaniedbanie relacji z potencjalnymi fundatorami.

Po drugie, z perspektywy pojedynczego studenta brak odpłatności za studia może prowadzić do podejmowania nieprzemyślanych decyzji edukacyjnych. Co więcej, to rozwiązanie nie stanowi bodźca motywującego do bardziej wytężonej nauki. Pamiętajmy jednak, że choć obecnie państwo gwarantuje bezpłatny dostęp do edukacji wyższej dla wybranych studentów, to nie zapewnia większości z nich środków na utrzymanie, które nierzadko przekraczają koszt studiów. W praktyce wielu studentów, mając komfort bezpłatnych studiów przy braku środków na utrzymanie, decyduje się na podjęcie równolegle pracy, która bardzo często nie zwiększa ich kwalifikacji zawodowych, a jednocześnie uniemożliwia efektywne kształcenie na wybranym kierunku studiów. Taka praca zawodowa jest czymś zupełnie innym niż praktyka – nie wspiera procesu edukacyjnego, ale go zakłóca. A jeśli student wie, że uczelnia dostaje za niego pieniądze, jego motywacja do osiągania dobrych wyników jest niska, nawet pomimo publikowania ocen w suplementach dyplomów ukończenia studiów, do których pracodawcy i tak nie zaglądają.

Trzecią słabością obowiązującego w Polsce modelu finansowania studiów jest występowanie zjawiska tzw. odwrotnej (negatywnej) redystrybucji. Dziś ze studiów bezpłatnych, finansowanych z budżetu państwa, statystycznie najczęściej korzystają osoby z bogatszych rodzin, w których rodzice mają wyższe wykształcenie i świadomość jego znaczenia na rynku pracy oraz dla statusu społecznego, a co za tym idzie i wyższe dochody. Z kolei dzieci z biedniejszych domów, często wychowujące się w mniejszych ośrodkach, nie mają w praktyce równego dostępu do nieodpłatnego trybu studiów. W rezultacie, ich rodzice finansują swoimi podatkami studia dzieci z bogatszych domów.

Nie ma cudownego antidotum

Rozwiązaniem systemowym problemu finansowania studiów wyższych mogłoby być wprowadzenie powszechnej odpłatności za studia przy jednoczesnym stworzeniu schematu współfinansowania, opartego o ogólnodostępny kredyt studencki gwarantowany przez państwo, którego spłata byłaby uzależniona od przyszłych dochodów. Instrument taki, nazywany human capital contract lub przede wszystkim income-contingent loan (ICL), funkcjonuje już z mniejszym lub większym powodzeniem w kilku krajach świata, m.in. w Australii, Nowej Zelandii i Wielkiej Brytanii. Dużą zaletą takiego rozwiązania jest fakt, że poza pokryciem kosztów kształcenia umożliwia ono także sfinansowanie kosztów utrzymania, które nierzadko bywają większą barierą przy podejmowaniu studiów.

Jak ten instrument działa? W bardzo dużym uproszczeniu: główną cechą takiego kredytu jest schemat spłaty – w przeciwieństwie do tradycyjnych kredytów z ratami o ustalonej wysokości, w przypadku ICL absolwent spłaca jedynie ustalony odsetek od części swoich dochodów powyżej pewnego poziomu. Rozwiązanie takie redukuje problem awersji do ryzyka związanego z zadłużaniem się, gdyż przenosi odpowiedzialność z niespłaconych kredytów na budżet państwa, przy czym w interesie absolwentów jest uzyskanie odpowiednio wysokich dochodów w celu poprawy jakości życia, co jednocześnie wpływa na zdolność do spłaty całości zadłużenia. Alternatywnym schematem współfinansowania jest tzw. podatek absolwencki, gdzie ryzyko współdzielone jest nie przez wszystkich podatników, ale wyłącznie absolwentów. I jedno, i drugie rozwiązanie ma naturalnie swoje słabości, ale przy odpowiedniej konstrukcji znacznie lepiej realizuje cele polityk publicznych, jakimi są efektywność i sprawiedliwość, niż obecnie funkcjonujący model finansowania.

Problem polega na tym, że z perspektywy politycznej szanse na wprowadzenie powszechnej odpłatności za studia są bliskie zeru. Wynika to z faktu, że korzyści związane z opisaną powyżej reformą systemową nie są widoczne na pierwszy rzut oka, więc do jej wprowadzenia niezbędne byłoby porozumienie między podziałami politycznymi, na co w Polsce na razie nie możemy liczyć. Jednak nawet jeśli taki cud by nastąpił, głównym graczem veto w tej rozgrywce będą same uczelnie i świat akademicki, którego głównym celem jest utrzymanie obecnego stanu. Wynika to z faktu, że jedna zmiana, wprowadzająca silną konkurencję na rynek uczelni wyższych, mogłaby pociągnąć za sobą kolejne. Żyjemy zatem w tyranii status quo, której w zasadzie nie sposób zmienić na drodze systemowej.

Czy zatem nic nie da się zrobić? Innym wariantem finansowania studiów jest „model harvardzki”, czyli stworzenie silnej wspólnoty pomiędzy absolwentami uczelni a jej obecnymi studentami, bez odwoływania się do systemowych rozwiązań na poziomie państwowym, które, jak zostało wskazane powyżej, nie mają większych szans powodzenia.  W modelu harvardzkim absolwenci, którzy zawdzięczają swój status społeczny i materialny studiom na Harvardzie, finansują studia swoich następców (zwłaszcza tych, których nie stać na opłacenie czesnego), tak jak kiedyś ich studia były sfinansowane przez ówczesnych alumnów tej uczelni. Model ten funkcjonuje od dziesiątek lat, ale warto zauważyć, że jego zbudowanie zajęło Harvardowi bardzo dużo czasu – uczelnia powstała wszak w połowie XVII wieku. Co więcej, udało się go wdrożyć w USA, w którym historycznie silne były tradycje republikańskie oparte o więzi społeczne – wystarczy sięgnąć do prac Tocqueville’a.

Ta ostatnia uwaga niesie jednak ze sobą nadzieję – polskie tradycje republikańskie są równie silne, choć czas komunizmu bardzo skutecznie zniszczył tkankę społeczną, a wszystko, co społeczne, od tamtej pory niesie ze sobą negatywne konotacje. Od ponad 20 lat żyjemy w paradygmacie indywidualistycznym, który umieszcza poza nawiasem zachowania altruistyczne. Mimo to, ze względu na wspomniane dziedzictwo, możliwe jest stworzenie w Polsce uczelni na miarę Harvardu (w skali Europy Środkowo-Wschodniej), ale by się tak stało, musi zostać spełnionych co najmniej kilka warunków:

1) uczelnia taka musi być prywatna,

2 musi istnieć fundator, z którego środków uczelnia będzie się utrzymywać przez kilkanaście lat, czyli do momentu, w którym pierwsi absolwenci uzyskają status społeczny i majątkowy umożliwiający im sfinansowanie studiów kolejnym pokoleniom,

3) uczelnia, poza wymiarem edukacyjnym, powinna wypełniać funkcję formacyjną, w duchu odpowiedzialności za dużą wspólnotę polityczną, jaką jest państwo, oraz stać się małą wspólnotą studentów i absolwentów uczelni, działającą na kształt rodziny,

4) uczelnia musi być elitarna i nastawiona na indywidualny kontakt pomiędzy mistrzem (nauczycielem) a uczniem (studentem).

To absolutny fundament, bez którego osiągnięcie celu w postaci stworzenia w Polsce elitarnej uczelni się nie powiedzie. Ten projekt może się udać – trzeba tylko znaleźć osoby, które uwierzą w niego i będą gotowe poświęcić kawał życia na jego realizację.

* Tekst w oryginalnej wersji ukaże się w roczniku Collegium Nobilium Opoliense.