Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Marcin Suskiewicz  25 września 2013

Suskiewicz: Kraina wiecznego chrztu

Marcin Suskiewicz  25 września 2013
przeczytanie zajmie 4 min
Suskiewicz: Kraina wiecznego chrztu wikipedia.org

Niewiele jest syntetycznych opracowań dotyczących historii polskiego katolicyzmu i jego specyfiki, szczególnie pisanych przez ludzi rozumiejących nadprzyrodzony charakter Kościoła. Warto chyba – kieruję te słowa szczególnie do zawodowych historyków i pasjonatów historii – próbować spojrzeć całościowo na dzieje polskiego Kościoła, szukać w nich jakichś elementów stałych, dla polskiego chrześcijaństwa specyficznych. To pozwoli nam lepiej poznać samych siebie. W niniejszym tekście proponuję jeden taki „element specyficzny”, który nazwę „wieczną młodością” polskiego katolicyzmu.

Polska jest chrześcijańska od pierwszych Piastów, co wiąże się z kolei z tradycją Wojciechową. I tu pojawia się pewien ciekawy trop: św. Wojciech jest jednym z tych synów średniowiecznych rodów książęcych, którzy porzucają świat, by służyć Bogu. Wybrany na biskupa Pragi, nie może odnaleźć się w płytkiej religijności tego miasta i ucieka do opactwa benedyktyńskiego na Awentynie. Potem co prawda wraca do Czech, ale po wymordowaniu jego rodziny przez przeciwników politycznych znów ucieka – tym razem do zaprzyjaźnionego z nim Bolesława Chrobrego, by przez jakiś czas działać w Polsce, a następnie wyjechać na misję do Prus. Nie znam zbyt dobrze szczegółów przywoływanych tu wydarzeń, poza tym moje myślenie jest być może nieco ahistoryczne, niemniej jednak zaryzykuję następującą tezę: Polska już na samym początku jest oazą dla chrześcijańskiej gorliwości, która nie zawsze chętnie przyjmowana jest w państwach o dłuższej tradycji kościelnej. Natomiast druga moja teza, za którą stoi, przyznaję, bardzo pobieżna wiedza o historii Polski jako całości, jest taka: nasze państwo potrafiło utrzymać przez wieki tę pierwotną świeżość: świeżość katechumena albo nowoochrzczonego. Polska jest – proponuję i oddaję to historykom do weryfikacji (a może wyśmiania) – krajem, narodem, tradycją przedłużonego katechumenatu i wiecznego chrztu.

Nie znaczy to, że Polska jest „lepsza” od innych krajów, jedynie że posiada pewną wartościową cechę specyficzną – inne kraje będą posiadać inne takie wartościowe cechy. Poza tym moja narracja w tym tekście osnuta jest wokół wybranych wydarzeń, nie pretenduje do charakteru całościowego; całościowy obraz polskiego katolicyzmu miałby bowiem niewątpliwie również karty mniej jasne.

Wróćmy jednak do wspomnianej świeżości polskiego katolicyzmu. Objawia  się ona według mnie m.in. w zdolności do chrystianizowania pewnych procesów i zjawisk kulturowych, a więc w czymś, co jest specyficzne właśnie dla mentalności nowoochrzczonego. Historia kultury Zachodu zna przełomy, które były zwykle w jakimś stopniu – gdy patrzymy na nie z perspektywy religijnej – odwrotem od chrześcijaństwa w stronę pogaństwa lub wolnomyślicielstwa: renesans, oświecenie, romantyzm, pozytywizm, nowoczesność. Wschód te procesy często odrzucał: niektórzy twierdzą (przypominam sobie np. wypowiedź Aleksego Łosiewa), że siła prawosławia polega na tym, że nie było w nim renesansu. Polska znalazła jednak, jak się wydaje – znów moja wiedza historyczna jest znikoma – inne rozwiązanie: potrafiła te przełomowe momenty (przynajmniej częściowo) chrystianizować, asymilować, zamienić w reformę wewnątrzchrześcijańską. Spójrzmy na polski renesans, na polskie oświecenie, a najlepiej na romantyzm. Przecież mesjanizm Mickiewicza, Krasińskiego, Norwida, Cieszkowskiego różnił się pod względem religijnym diametralnie choćby od brytyjskiego romantyzmu niewierzących w dużej mierze Poetów Jezior. Gdy próbujemy odnieść do polskiej sytuacji np. krytykę romantyzmu pióra Isaiaha Berlina, widzimy, jak bardzo, mimo pozornych podobieństw, myśl polska tamtego czasu różni się od zachodniej.

Należałoby jednak jeszcze doprecyzować, że nie mam na myśli reformy, która zastępuje niezmienną prawdę chrześcijaństwa aktualną modą (tak rozumiana reforma też w Polsce – i nie tylko – bywała obecna). Chodzi o proces bardziej złożony – i pozytywny: o szukanie chrześcijańskiej odpowiedzi na problemy dostrzeżone w danym momencie historycznym i/lub o rozróżnianie, co w nowych prądach umysłowych jest dobrego i prawdziwego (a więc pochodzącego z tej Pełni, którą jest Chrystus), a co jest zniekształceniem, błędem, ślepą uliczką. Efekt końcowy tak rozumianej dobrej reformy jest nadal tym samym, niezmiennym chrześcijaństwem – choć pewnie głębszym, pełniejszym.

Zilustrujmy to na pewnym przykładzie. Ojciec Jacek Woroniecki OP narzekał kiedyś na wady polskiej inteligencji katolickiej: fideizm, antyintelektualizm, sentymentalizm, indywidualizm. Miał na myśli współczesną mu inteligencję z początku XX wieku, w większości pochodzącą ze środowisk ziemiańskich i arystokratycznych. Jak wiadomo, środowiska te wydały ludzi wybitnych – szczególnie zasłużone są tu pewne rody, np. Ledóchowskich, Czackich, Sapiehów, Popielów, zwracają też uwagę jednostki takie jak np. generałowa Zamoyska, obecnie kandydatka na ołtarze – niemniej jednak religijność w tych kręgach często nie była zbyt głęboka i cierpiała na wypunktowane przez Woronieckiego braki. Jednocześnie w Polsce kształtował się etos inteligencji radykalnej, takiej spod znaku Ludwika Krzywickiego – zwykle anty- lub przynajmniej areligijnej, za to zaangażowanej społecznie, rozczytanej w najnowszej myśli filozoficznej i naukowej. Jak się wydaje, w Polsce udało się doprowadzić do syntezy tych dwóch tradycji, ale syntezy, w której to chrześcijaństwo „było górą”, tradycja zaś świecka – z jej kultem rozumu, czynu i zaangażowania społecznego – była impulsem, by szukać lekarstw na zniekształcające ówczesny katolicyzm wady: fideizm, antyintelektualizm, sentymentalizm, indywidualizm. Można powiedzieć, że u ks. Korniłowicza tradycja świecka została przez katolicyzm wchłonięta – nie bez oczyszczenia jej po drodze, nie bez głębokiego nawrócenia przychodzących z tej tradycji konwertytów – w formie tezy (starej co prawda, ale wówczas wymagającej przypomnienia), że łaska buduje na naturze, że natura, rozum, nauka itd. też mają swoje znaczenie i godność. Dzięki temu chrześcijaństwo stało się czystsze, wolne od efektownego mieszania natury i łaski.

„Alternatywna nowoczesność” – tak nazwijmy efekt opisanej syntezy – jest dość dobrze zbadana, podobnie też „alternatywny romantyzm” polskich mesjanistów. Pisano też o „alternatywnej późnej nowoczesności” czasów „Solidarności”. Może warto spojrzeć w analogiczny sposób na renesans i oświecenie i poszukać w nich przejawów – bo wiadomo, że zawsze będą to tylko pojedyncze przejawy, nie cała kultura – „alternatywnego renesansu” i „alternatywnego oświecenia”. Wreszcie warto może poszukać tego, co w polskiej kulturze pozwalało na tworzenie takich właśnie alternatywnych wersji kulturowych przełomów, na nieustającą świeżość polskiego katolicyzmu. Co uczyniło z Polski kraj wiecznego chrztu.