Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Wójcik  18 września 2013

Wójcik: W obronie pracownika

Piotr Wójcik  18 września 2013
przeczytanie zajmie 5 min
Wójcik: W obronie pracownika wikimedia commons

Zawsze, gdy przychodzi czas pracowniczych protestów, budzą się również całe zastępy populistów ze swymi krzykliwymi hasłami. Nie należy jednak szukać ich tylko w szeregach związkowców. Wręcz odwrotnie, tymi populistami często są zaprzysięgli wrogowie związków zawodowych, co rusz rozdzierający szaty w swym, wypełnionym liberalnymi sloganami sprzeciwie, wobec rzekomo nieodpowiedzialnych żądań pracowników. Tymczasem wiele postulatów związkowych znajduje swe oparcie w najnowszym raporcie NBP na temat rynku pracy.

Do wzrostu gospodarczego w każdym miejscu na ziemi potrzebny jest popyt. Jeśli go nie ma, w bezruchu zastygają gotowi do pracy fryzjerzy, kelnerzy snują się bez celu pomiędzy pustymi stolikami restauracji, a właściciele niewielkich sklepów z elektroniką muszą zwijać swój biznes. By istniał popyt, niezbędni są wyposażeni w odpowiednią ilość pieniędzy klienci – to jasne, jak to, że do oddychania potrzebne jest powietrze. Tych klientów w Polsce niestety brakuje, czego efektem jest bariera popytowa wzrostu gospodarczego. Wiąże się to oczywiście z bardzo niskimi płacami w Polsce. Biorąc pod uwagę powyższe, chyba jasne jest, że wzrost płac jest konieczny dla dalszego rozwoju naszego kraju. Zwiększanie bazy potencjalnych klientów, włączanie kolejnych grup społecznych do równoprawnego uczestnictwa w rynku jest w interesie wcale nie związkowców, ale małych i średnich przedsiębiorców, których interesów przecież chcą bronić przeciwnicy związków zawodowych. Jednym ze sposobów wpływania na wzrost wynagrodzeń jest podniesienie przepisowej pensji minimalnej. Automatycznie może wpłynąć to na wzrost popytu, a tymczasem właśnie popyt na produkty i usługi, według najnowszego raportu Narodowego Banku Polskiego na temat rynku pracy, jest podstawowym czynnikiem wpływającym na zatrudnienie nowych pracowników przez przedsiębiorców.  A wcale nie są takim czynnikiem inwestycje, jak chcieliby zapewne, patrzący na gospodarkę głównie od strony podażowej, liberalni ekonomiści. Z raportu NBP wynika wręcz, że przełożenie wzrostu inwestycji na wzrost zatrudnienia jest niewielkie. W przeciwieństwie do wzrostu popytu. Nie trzeba być Bertrandem Russellem, by wyciągnąć z tego logiczny wniosek – dynamizujące popyt podniesienie płacy minimalnej może nawet w konsekwencji przynieść obniżenie bezrobocia. Oczywiście, na taką tezę zaraz podniesie się rwetes, oskarżenia o herezję lub głupotę w najlepszym wypadku. Tymczasem znowu w sukurs idzie mi raport NBP –  weryfikacja empiryczna teoretycznie negatywnych konsekwencji wzrostu presji płacowej może być różna, zależnie od sytuacji.

Spoglądając od strony popytowej, należy pochylić się także nad stroną podażową, po której stoją przedsiębiorcy. Im zależy na tym, by wzrost wynagrodzeń nie był większy niż wzrost produktywności, inaczej będzie on powodował albo stratę, albo mniejsze zyski. Tylko, że wzrost wynagrodzeń w Polsce pozostał w tyle za wzrostem produktywności. Mówi o tym oczywiście raport NBP. A więc nie tylko pracujemy prawie najdłużej w Europie, ale też coraz bardziej efektywnie, a zarabiamy niewiele więcej – czyli w większości wciąż marne grosze. W ostatnich latach odsetek firm w których wzrost płac przekroczył wzrost produktywności średniorocznie wyniósł zaledwie 6%. Tak więc nieprawdziwe są tezy o zbyt wysokich kosztach pracy w Polsce. Dane Eurostatu za rok 2012 wyraźnie pokazują, że wciąż jesteśmy tanią siłą roboczą Europy. Całościowe, godzinowe koszty pracy ponoszone przez przedsiębiorców (łącznie z pozapłacowymi) to w Polsce 7,4 euro. Nie możemy równać się z Czechami, w których wynoszą one średnio 10,6 euro, a nawet  na Słowacji są one o prawie euro większe (8,3). Wchodząca z nami do Unii Słowenia ma średnie godzinowe koszty pracy na poziomie 14,9 euro, czyli dwa razy większe. Wysokie koszty pracy w Polsce to mit, którego utrzymaniem zainteresowani są tylko ci, w których interesie jest mieć do dyspozycji nad Wisłą szeregi taniej siły roboczej. Ten mit obala także raport NBP zwracający uwagę na coś innego – od 2004 roku udział wynagrodzeń w całym koszcie wytwarzanego produktu spada, a od trzech lat spada coraz szybciej. Tak więc to nie wynagrodzenia pracowników są tym, co najbardziej obciąża pracodawców.

Jedynym chyba racjonalnym argumentem przeciw podniesieniu płacy minimalnej, z jakim ostatnio miałem styczność, było to, że w obliczu wielkiej ilości umów, których nie dotyczą przepisy o płacy minimalnej, jej podniesienie nie przyniesie większych rezultatów. Tezę tę sformułował Marcin Kędzierski. Jednak jest ona w moim odczuciu nieprawdziwa, co wyraziłem już w komentarzu pod tekstem Marcina. Wzrost płacy minimalnej spowoduje presję na wzrost płac wśród większości Polaków, także wśród tych pracujących na umowę zlecenie, bezrobotnych, a więc pośrednio jej wpływ na zarobki Polaków będzie dużo większy, niż mogłoby się wydawać po samej liczbie zatrudnionych na umowę o pracę. W segmencie ludzi słabiej zarabiających płaca minimalna jest pewnym odniesieniem – gdy ona rośnie, rosną również oczekiwania co do zarobków osób, których przepisy o płacy minimalnej nie dotyczą bezpośrednio. Również tych pracujących na czarno. Tak więc wzrost płacy minimalnej, według mnie, wciąż wpływa pozytywnie na globalny fundusz płac w kraju. I nie tylko według mnie, dokładnie ta sama teza wielokrotnie pojawia się w omawianym raporcie NBP – podniesienie płacy minimalnej wpływa na oczekiwania płacowe Polaków.

By rozbudzić popyt i co za tym idzie wzrost gospodarczy, niezbędny jest w Polsce wzrost wynagrodzeń, do czego może doprowadzić  przede wszystkim wzrost  presji płacowej. Tymczasem wg raportu NBP jest ona od lat niewielka. Oczekiwania płacowe bezrobotnego są nawet do 20% niższe  od wysokości rynkowych. Raport wskazuje na różne czynniki takiej sytuacji – niskie uzwiązkowienie, rzadko wykorzystywane zbiorowe układy pracy oraz równie rzadkie automatyczne waloryzacje wynagrodzeń. Ale głównym powodem takiej sytuacji, który wynika z badania, jest wielka rotacja na rynku pracy. Nasz kraj cechuje bardzo wysokie prawdopodobieństwo utraty pracy, co oczywiście niekorzystnie wpływa na pozycję pracownika podczas negocjacji z pracodawcą. Wiąże się to oczywiście z wykorzystywanymi na szeroką skalę tzw. umowami śmieciowymi, w których przodujemy w Europie. Jeśli chodzi o odsetek pracujących na umowie czasowej jesteśmy liderem absolutnym, nasz wynik to 27%, druga jest Hiszpania (25%), a potem długo, długo nikt. A więc, skoro wzrost presji płacowej jest w Polsce pożądany, a głównym jej hamulcem są umowy śmieciowe, to związkowy postulat walki z nimi jest całkowicie zasadny.

Nie trzeba być obdarzonym wielka empatią społeczną, by zauważać, że płace w Polsce są czasem skandalicznie niskie. Bo to, że pielęgniarka z 30-letnim stażem pracująca w niepublicznym zakładzie opieki zdrowotnej nie mogłaby się sama utrzymać ze swojej pracy, jest skandalem. Tymczasem w naszej rodzimej debacie publicznej wciąż dominuje liberalny dyskurs kładący nacisk na ciągłe obniżanie wszelkich kosztów. Jest to typowe dla gospodarki peryferyjnej, mającej być głównie tanią montażownią dla zachodnich firm. Tymczasem w zachodnim świecie sławę zdobywają kolejni postkeynesiści, tacy jak Paul Krugman, książki „profesora oburzonych” Michaela Sandela rozchodzą się na pniu, walczący z rozwarstwieniem ekonomista Amartya Sen jest uważany za autorytet, a  w wielu środowiskach odkrywany jest na nowo Michał Kalecki, u nas wciąż zapomniany. Symboliczne jest, że jeden z najwybitniejszych żyjących polskich ekonomistów Jan Toporowski, profesor Uniwersytetu Londyńskiego, jest dla przeciętnego Polaka kompletnie nieznany. Za to szalonego Janusza Korwina-Mikke zna każdy. Na szczęście powstają jeszcze takie raporty, jak ten wyżej, przeze mnie szczątkowo omówiony, opublikowany przez Narodowy Bank Polski. Dzięki temu choć trochę łatwiej jest brać w obronę ludzi pracy.