Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Wójcik  13 września 2013

Wójcik: Nie lubię Sashy Grey

Piotr Wójcik  13 września 2013
przeczytanie zajmie 4 min
Wójcik: Nie lubię Sashy Grey CC 3.0

Jedenastoletni, pryszczaty chłopak zasiadł do laptopa. Jego światli rodzice zaopatrzyli go w ten sprzęt i zadbali o dostęp do szerokopasmowego Internetu już jakiś czas temu – przeczytali na modnym portalu, że młodzi muszą się jak najszybciej oswajać z nowymi technologiami.

Tego wieczoru ich syn odrobi zadanie domowe; myliłby się ktoś, myśląc, że chodzi o matematykę. To zadanie innego rodzaju, którego sprawdzeniem zajmą się rówieśnicy chłopca; oni wykonali je już dawno. Pryszczaty dzieciak rozpoczyna właśnie przygodę, która nie może się skończyć dobrze.

Dlaczego akurat „pryszczaty młodzieniec”? Nie jest tajemnicą, że dojrzewający mężczyźni to najbardziej „gorąca” grupa docelowa dla pornobiznesu. Oczywiście nierzadkie są również przypadki zauroczonych filmami porno 50-letnich dojrzałych mężczyzn (niekoniecznie samotnych). Jednak to właśnie młodzieńcy wchodzący w etap dojrzewania, czyli budzącej się seksualności, posiadający swobodny dostęp do Internetu (o który zadbali wcześniej troskliwi rodzice), stanowią gros użytkowników tej wyjątkowo degradującej formy uzależnienia, którego Internet jest głównym kanałem dystrybucji. Oczywiście posiadający szerokie horyzonty akwizytorzy porno-gangów potrafią zadbać także o klienta telewizyjnych sieci kablowych. Ba, zapukają nawet do drzwi pokoju hotelowego, jeśli tylko będzie taka potrzeba. Ale nie ulega wątpliwości, że to w Internecie „twórcy” tej formy „sztuki” (jak często o sobie mówią) panoszą się najbardziej. Nawet 30% globalnego ruchu w sieci jest związana z pornografią. Inaczej mówiąc, prawie jedna trzecia wszystkich kliknięć ma na celu doprowadzenie do spełnienia autoerotycznego. No i wreszcie, dlaczego akurat 11-letni? Bo to właśnie w tym wieku chłopcy najczęściej zaczynają swoją przygodę. Jeszcze co prawda nie czytają zbyt pewnie, ale co to jest seks oralny, wiedzą doskonale. 

Współczesne filmy porno z życiem seksualnym przeciętnej pary mają tyle wspólnego, co „Gwiezdne wojny” z II Wojną Światową. Równoczesne stosunki seksualne z wieloma partnerami na odbiorcach specjalnego wrażenia już nie robią, można nawet powiedzieć, że w środowisku uchodzą za dosyć tradycyjne. Obecnie gra w filmach porno to prawdziwie ekstremalny sposób na życie – ich scenarzyści (o tak, są tacy) w wymyślaniu tortur są bardziej pomysłowi, niż żołnierze z bazy Guantanamo. Pornobiznes jest w ciągłej pogoni za patologią i w tym pościgu definitywnie chodzi o to, żeby króliczka gonić, a nie złapać. Szacuje się, że nawet 90% produkcji porno niesie treści głęboko upokarzające kobiety.

Ten chory przekaz w połączeniu z dorastającymi odbiorcami tworzy miks, od którego włos jeży się na głowie. Skoro tożsamość seksualna wielu mężczyzn kształtuje się na czerpaniu satysfakcji z poniżania kobiet, to dzięki porno-bandytom wychowują się nam zastępy prawdziwych potworów. Mężczyzna wychowany na tego rodzaju filmach w dorosłość wejdzie z dewiacyjnymi potrzebami seksualnymi, które, całkiem prawdopodobnie, będzie chciał spełniać w świecie już jak najbardziej rzeczywistym, z rzeczywistymi partnerkami. W takiej perspektywie możliwość uzależnienia się od filmów porno naprawdę nie jest najgorszym możliwym scenariuszem. Z innych negatywnych efektów pornograficznego hobby wymienia się również depresję. Gdyby głębiej się nad tym zastanowić, nie powinno to dziwić: młody chłopak mający wybujałe seksualne ambicje, ukształtowane przez śledzenie wyczynów pornograficznych swoich naszprycowanych viagrą „herosów”, szybko może się zawieść na własnych możliwościach. 

Wobec takich faktów trudno uznać walkę z porno-mafią za bezzasadną. Forpocztą tej walki jest Islandia, która już jakiś czas temu wprowadziła zakaz sprzedaży drukowanych treści pornograficznych, a nawet zdelegalizowała kluby ze striptizem, gdyż uderzają one w godność kobiety. Obecnie ten mały wyspiarski kraj zabiera się za całkowitą delegalizację pornografii w kraju. Wykluwających się pomysłów jest wiele: od obowiązku blokowania stron pornograficznych przez dostawców Internetu, do zakazu realizowania płatności za treści pornograficzne kartami płatniczymi islandzkich instytucji finansowych. Więcej konkretnych rozwiązań możemy wymienić, mówiąc o posunięciach brytyjskiego rządu Davida Camerona, który wypowiedział wojnę branży, kierując się głównie troską o dojrzewających ludzi. W Wielkiej Brytanii biznes ten nie zostanie zdelegalizowany, jednak dostęp do niego zostanie znacznie utrudniony. Każdemu pełnoletniemu mieszkańcowi Wysp, który do końca roku nie zgłosi do operatora, że chce mieć możliwość wchodzenia na strony pornograficzne, dostęp do nich zostanie zablokowany przez dostawcę sieci. Takie rozwiązanie jest o tyle skuteczne, że pomimo braku delegalizacji działa ono za pomocą poczucia wstydu (trzeba z otwartą przyłbicą potwierdzić chęć dostępu), co może odnieść równie dobry skutek. Co ciekawe, będąc w stosunku małżeńskim, wymagana będzie także zgoda małżonka.

Mogłoby się wydawać, że w walce o ewidentnie zagrożoną przez pornobiznes godność kobiet szeregi ludzi dobrej woli powinny zasilić feministki. Tak się jednak nie dzieje. Organizacje feministyczne pod absurdalnym pretekstem „wolności wyboru” nie zamierzają wcale walczyć z porno-bandyterką. A przecież wolność nie jest celem samym w sobie. Nie należy bać się ograniczania wolności, gdy jej przejawy uderzają w godność człowieka, która jest nadrzędna w stosunku do niej. W sytuacji, gdy nastroje społeczne nie są specjalnie negatywnie nastawione wobec tego zjawiska, o prawidłowy rozwój seksualny młodych ludzi i godność kobiet musi zatroszczyć się także państwo. Jasne jest, że całkowite wyeliminowanie treści porno z życia jest niemożliwe, ale zablokowanie przez dostawcę internetu przyjmijmy na początek tylko 200 najbardziej popularnych stron w pewien sposób przyczyni się do utrudnienia dostępu, a zablokowanie każdej kolejnej będzie ten dostęp co raz bardziej ograniczać. Każdy młody człowiek uratowany przed skrzywieniem psychicznym, spowodowanym produkcjami porno, to wielka wartość, o którą należy czynić wysiłki. Kwestią debaty publicznej jest wybór drogi walki z przemysłem porno – czy będzie ona oparta na delegalizacji, czy na ograniczeniach w dostępie. Wydaje się jednak, że całkowita delegalizacja porno-biznesu, nawet jeśli miałaby odnieść tylko ograniczony skutek, byłaby najbardziej pożądanym działaniem. Z prostego powodu – branża pornograficzna nie zasługuje na to, by istnieć.