Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Paweł Musiałek  12 września 2013

Musiałek: Przeciw aborcji. Tym razem od innej strony

Paweł Musiałek  12 września 2013
przeczytanie zajmie 5 min
Musiałek: Przeciw aborcji. Tym razem od innej strony parafia-bolechowo.pl

Przede wszystkim uznanie za samo kliknięcie na tekst. Przyznam szczerze, że gdy napotykam artykuły o aborcji, najczęściej omijam je szerokim łukiem. Ten temat bardziej mnie drażni niż podnieca. Nie, nie dlatego, że uważam go za nieistotny. Wręcz przeciwnie, sądzę, że to sprawa fundamentalna i to nie tylko z powodu ochrony nienarodzonych dzieci. Walka o prawo do życia jest symboliczna. Dla katolików, ale i nie tylko, prawne przyzwolenie na aborcję to otwarcie puszki Pandory. Jej dopuszczenie będzie oznaczać zwolnienie ważnej psychologicznej blokady, które pociągnie za sobą cywilizacyjne zmiany.

Skoro aborcja jest taka ważna, to dlaczego mnie, ale myślę, że także wielu innych, irytują kolejne prasowe polemiki? Przecież zarówno dla wielu katolików, jak i liberałów to wiodący punkt politycznej agendy. Dla niektórych nawet priorytetowy w debacie publicznej. Przede wszystkim mam poczucie totalnej bezsensowności tej debaty. Mielonych po stokroć tych samych argumentów, używanych przez tych samych dyskutantów, adresowanych do tych samych czytających i z tym samym efektem. Mam poczucie, że to okładanie się pałkami do niczego nie prowadzi. Strony sporu są przecież mocno okopane, a pas ziemi niczyjej jest minimalny. Czasami mam wrażenie, że ciągłe podnoszenie tej kwestii może być dla katolików nawet niebezpieczne. Chrześcijaństwa nie można przecież zredukować tylko do obrony życia poczętego. Jest wiele innych, równie istotnych dla katolików spraw publicznych, które nie są wystarczająco bronione, czy choćby nawet podnoszone. Koncentracja na aborcji powoduje, że pozostała agenda katolicka jest spychana na margines. Oczywiście rozumiem psychologiczną potrzebę dawania świadectwa, szczególnie, że w sporze o aborcję ostrzał artyleryjski jest potężny. Ale empatyczne rozumieć to nie to samo co popierać.

Skoro jednak drażni, to dlaczego znowu aborcja? Bo uznałem, że trzeba podkreślić mało znany, a ważny argument. Wracając w ostatnią niedzielę z kościoła zauważyłem na witrynie kiosku okładkę najnowszej „Vivy”. A na niej uśmiechniętą Annę Muchę, która ogłasza: „Mój brzuch, moja sprawa”. Hasło stare jak aborcyjna wojna, ale stanąłem. Coś mnie zaintrygowało. Zdałem sobie wówczas sprawę z istotnej kwestii: jak bardzo realizacja tego hasła jest niebezpieczna dla samych kobiet. Ale także z tego, jak bardzo są one tego nieświadome. Feministki wieszczą, że władza nad własnym brzuchem spowoduje wysyp szczęścia i radości. To dla nich symbol wymarzonej, pełnej, niczym nieograniczonej wolności. Tak przecież potrzebnej dla wyzwolenia kobiet z krępujących ich społecznych norm, które je uprzedmiotawiają. Katoliccy fighterzy już się grzeją, ale proponuję zaakceptować taką perspektywę. Przyjmijmy to i na chwilę odejdźmy od dyskusji o definicje, gdzie zaczyna się człowiek i ile mu wolno, jaka jest jego natura, a jaka jego powinność. Ale i wyprowadźmy dalsze konsekwencje, bo wyzwolenie na radości się nie kończy. W tym przypadku kij ma dwa końce. Zasada „mój brzuch, moja sprawa” powoduje bowiem bardzo praktyczne i bardzo istotne zarazem problemy, często także dramaty wielu kobiet. I to niezależnie od ich wiary, poglądów i postaw.

Szczerze przyznam, że nie znam kobiet, które z powodów zagrożenia życia dokonały aborcji. Nie znam także tych, które z powodów ekonomicznych o niej choćby głośno myślały. Fakt, nie znam też kobiet, które jednak na zabieg się zdecydowały.  Najczęściej przecież o tym głośno nie mówią, bo nie ma czym się chwalić. Ale znam inne. Te, które mimo tego, że dziecka nie planowały, to je urodziły. Bo niezależnie od poglądów na penalizację aborcji, moralnie zdecydowanie ją potępiały. Takich kobiet jest nie setki, nie tysiące. Setki tysięcy. A spośród nich dziesiątki tysięcy tych, które nie były wtedy żonami ojców ich dzieci. Bo o rodzinie wtedy jeszcze nie myślały. Dziś różne są ich losy. Dla jednych związanych naprędce par dziecko nie spowodowało rewolucji, a jedynie przyspieszyło naturalną sekwencję wydarzeń. Dla innych było z kolei jedynym powodem związku. Dlatego sporo z nich nie przetrwało próby czasu. W tych przypadkach chwila młodzieńczego zatracenia nie miała happy endu. Istotna jest jednak w tym kontekście nie meta, ale start – moment, gdy po informacji o ciąży młodzi rodzice decydują się spróbować wspólnego życia. Dziś jest on jeszcze podejmowany najczęściej naturalnie. Niezależnie od długości i jakości relacji, młodzi rodzice często decydują się na wspólny wysiłek rodzicielski. I choć nie zawsze swój związek sakralizują, czy choćby formalizują, to w nim trwają. Nie zawsze z miłości, często jedynie dla dobra dziecka. Kobiety skłania do tego naturalnie instynkt macierzyński, mężczyzn zaś przede wszystkim poczucie powinności i odpowiedzialności. Należy przy tym pamiętać, że nie są to jednak bodźce biologicznie zakodowane, dlatego na ich straży muszą stać społeczne normy.

I tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Konsekwencją przyjęcia zasady „mój brzuch, moja sprawa” będzie spadek poczucia wychowawczego obowiązku po stronie mężczyzn. Oczywiście nie dotyczy to tych, którzy założyli rodzinę, ale tych, którzy stali się ojcami „przypadkowo”. Skoro kobiety chcą mieć pełną władzę nad własnym brzuchem, wielu mężczyzn doda, że powinny wziąć w takim razie także pełną odpowiedzialność. To spowoduje, że wiele par nie tylko nie dotrze do mety, ale i w ogóle nie stanie na starcie. W sytuacji rozluźnienia społecznych zobowiązań młodzi ojcowie coraz częściej nie będą czuć się w obowiązku, aby szybko wydorośleć i stanąć na wysokości zadania. Zszokowani konsekwencjami przypadkowej przygody i przygnieceni odpowiedzialnością nie podejmą się roli ojców. Dla wielu przyszłych matek będzie to oznaczać życiowy dramat. Okaże się bowiem, że trud macierzyński będzie tylko preludium wysiłku, jaki będzie ich czekał później, kiedy na placu wychowawczego boju zostaną same.

A przecież czasy nie sprzyjają. Problem demograficzny to nie tylko efekt syndromu kobiety wyzwolonej. Wiele kobiet deklaruje, że chce mieć dzieci, ale rozgoryczone żalą się, że po prostu nie ma z kim. Mężczyzn mentalnie przygotowanych do ojcostwa już jest niedostatek, a współczesna kultura powoduje, że wciąż ich ubywa. Wiele często bardzo atrakcyjnych kobiet ma kłopot ze znalezieniem odpowiedniego kandydata na męża i ojca. Dla samotnej matki z dzieckiem to zadanie może wkrótce stać się prawie nieosiągalne.     

Katolickich fighterów uspokajam i wyjaśniam. W debacie o aborcji ten społeczny mechanizm powinien być używany nie w zastępstwie, ale obok argumentów odwołujących się do koncepcji człowieka. Szczególnie, że oparty jest on na konsekwencjach seksu pozamałżeńskiego, który sam wymaga osobnej dyskusji. Zgadzam się z tym, że nie można bagatelizować fundamentalnych dla katolików dogmatów i teologicznych założeń. Posługiwanie się jedynie pragmatycznymi argumentami może na dłuższą metę przynieść więcej kosztów niż korzyści. Niemniej nie można z nich rezygnować. Po pierwsze, należy pamiętać o liczbach. Co piąte dziecko w Polsce jest dzisiaj urodzone poza związkiem małżeńskim. Można wysunąć przypuszczenie, że zdecydowana większość z nich była nieplanowana. Otrzymujemy więc liczbę kilkudziesięciu tysięcy. To wielokrotnie więcej niż liczba aborcji dokonywanych legalnie na podstawie wszystkich przypadków wymienionych w ustawie. Tej, o którą katolicy kruszą kopie od 20 lat. Po drugie, jeśli do walki z aborcją katolicy chcą przekonać nieprzekonanych, czasami należy zmienić język i rozszerzyć arsenał argumentów. Nie ma bowiem bardziej skutecznej metody przekonywania, niż odwołanie się do założeń drugiej strony. Dlatego, gdy młode dziewczyny mówią „mój brzuch, moja sprawa”, warto podjąć tę perspektywę i pokazać długofalowe konsekwencje tej zasady. Wierzę, że niezależnie od poglądów wiele kobiet zrozumie, że ich upowszechnienie obróci się przeciwko nim oraz ich koleżankom. Być może wiele skłoni do głębszej refleksji i uda się nawet zapobiec temu, by którejś z nich kiedyś ktoś nie powiedział: twój brzuch, twoja sprawa.