Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Paweł Musiałek  9 września 2013

Musiałek: Ile prawicy w Hipster Prawicy?

Paweł Musiałek  9 września 2013
przeczytanie zajmie 7 min
Musiałek: Ile prawicy w Hipster Prawicy? trumpete3, CC

Do empików trafił nowy numer Frondy, a wraz z nim pierwsza intelektualna prezentacja głośnego w sieci środowiska Hipster Prawicy. To dobra okazja, aby jeszcze raz jej się przyjrzeć i przetestować z prawicowych pryncypiów. 

Tematyka i stylistyka nowego numeru Frondy wiernie oddają zapowiedzi, jakie dawał jego nowy redaktor naczelny, Mateusz Matyszkowicz. Za wcześnie jest, żeby wydawać zdecydowane sądy, ale kierunek zdaje się być klarowny. Nowa Fronda kierowana przez hipster prawicę to przede wszystkim kultura – i to niekoniecznie przez duże „K”. Znajdziemy tam bowiem i poważnego Bacha, i discopolową Shine. Te kontrasty zresztą chętnie podkreślają nowi redaktorzy; jak zapowiadają, chcą zagłębić się w obszar, który dla wielu na prawicy jest zaniedbany. Dla czytelników Frondy z ostatnich lat odmieniony kwartalnik może być kontrowersyjny, ale pismo bez wątpienia zasługuje na szansę. Choćby dlatego, że szuka, a to w dzisiejszych czasach zdominowanych przez media ”tożsamościowe” już niemało. Tyle o samym numerze. Porządna recenzja wymaga solidnych studiów pisma, a nie ledwie pobieżnego przeglądu, do którego się uczciwie przyznaję. I chociaż mam przeczucie, że wielu przyszłych recenzentów także nie zada sobie trudu subtelnego kartkowania prawie 400 stron kwartalnika, to nie warto brać z nich przykładu.

Najnowsza Fronda to jednak przede wszystkim dobra okazja do głosu w sprawie bardziej fundamentalnej, w niewielkim stopniu poruszonej w publikowanych dotychczas artykułach o hipster prawicy.  Spór o środowisko tworzące nową Frondę to kolejna odsłona debaty o mariaż konserwatyzmu i ponowoczesności, czy szerzej – współczesnej kultury. Dla młodszych czytelników przypomnijmy – sporu, w którym w Polsce istotną rolę odegrała właśnie Fronda. Ten wydawany od 1994 roku kwartalnik był jednym z pierwszych śmiałych eksperymentów na konserwatywnej wrażliwości. Dziś, gdy większość oferty intelektualnej na rynku opiera się na tożsamościowych grach, nowej Frondzie trudno będzie zaskoczyć. W latach 90. pismo prowadzone przez duet Smoczyński-Górny skorzystało z premii nowości, dlatego wspięło się na szczyt i z powodzeniem umeblowało sporo ważnych głów polskiej prawicy.

Hipster prawica zdobyła dużą popularność, ale i zrodziła sporo wątpliwości. Sam długo się zastanawiałem, jak ją „ugryźć”. Młodzi redaktorzy Frondy deklarują konserwatywne poglądy. Chętnie fotografują się z Gazetą Polską. Negatywnymi bohaterami ich memów są przede wszystkim politycy obozu władzy. Jednocześnie, jak sami mówią, lubią się dobrze ubrać, dobrze zjeść, chodzić do modnych knajp. Nie mają problemu ze współczesną kulturą, świetnie wyczuwają trendy. Ba, często sami je wyznaczają. Zaskakują i szokują. Prowokują i hejtują. Ale przede wszystkim bawią. Poczucia humoru, błyskotliwości i kreatywności mogą im pozazdrościć pijarowcy z najlepszych agencji.

Dla mało cierpliwych i czekających jedynie na werdykt, spieszę wyjaśnić – nie dam łatwej odpowiedzi. Chociaż nietrudno zauważyć, że sceptycyzm będzie tonem dominującym. Pytanie o granicę kompromisu jest pytaniem przede wszystkim o polityczny realizm. W świecie coraz bardziej ponowoczesnym konserwatyści, jeśli chcą mieć rząd dusz, muszą z nim rozmawiać. Poruszają się w przestrzeni, gdzie zasady gry coraz mniejszym stopniu od nich zależą. Dlatego odwrócenie się plecami do zmieniającej się rzeczywistości będzie oznaczać katakumby, odejście w niszowość. Oczywiście są i tacy, którym to nie przeszkadza. Wyżej cenią ideową czystość niż realny wpływ za cenę kompromisów z nieprawdą. Ale dla kogoś, kto nie rezygnuje z walki o otaczający go świat, spór o granicę akceptacji współczesności to realny dylemat. W pewnym sensie to spór między prawdą i dobrem. Spór, który wyjaśniał ponadczasowe, fundamentalne dylematy każdej epoki, których doświadczali nie tylko konserwatyści i nie tylko w Polsce. W naszym kraju jednak konflikt między duszą patrzącą w niebo a rozumem chodzącym po ziemi przeżywaliśmy wielokrotnie. Ba, one zdefiniowały naszą tożsamość. Łatwej odpowiedzi nie ma, bo zarówno prawda, jak i dobro mają fundamentalne znaczenie. Na co się więc zdecydować? Hamletyzować można, ale wybrać trzeba. Rozstrzygnięcie konfliktu między nimi zawsze ma charakter kontekstowy, sytuacyjny. Każda sytuacja jest inna. Każda skłania do innej odpowiedzi. Spór o polityczny realizm, a więc granicę akceptacji rzeczywistości przez konserwatystów, jest sporem nierozstrzygalnym na poziomie teoretycznym. Choć naturalnie nasz rozum szuka skrótów i gotowych formuł, nie warto zaspokajać tej potrzeby.

Na poziomie teorii wiemy już, że nie powinniśmy osądzać hipster prawicy. Mają prawo do eksperymentu, a nawet i obowiązek. Konserwatyzm w czasach rewolucyjnych nie powinien przecież polegać na konserwowaniu status quo, ale na „twórczym niepokoju”. Ale jak z praktyką? Długo wstrzymywałem się z oceną tego środowiska na podstawie jedynie fejsbukowego fanpejdżu. Specyficzne narzędzie, specyficzna przestrzeń. Wydanie Frondy potwierdza jednak obrany kierunek poszukiwań środowiskowej tożsamości i daje zielone światło do szerszego komentarza. Młodzi redaktorzy swoją ikoną uczynili Leopolda Tyrmanda. Wybór ten dobrze oddaje klimat tego środowiska. Dla konserwatystów wychowanych na Ortedze, Legutce czy Mercie taki wybór może budzić niepokój i to niekoniecznie ten twórczy. Dla tych od Bartyzela i Chrzanowskiego zapewne tylko politowanie. Ale to przecież nie dla nich oferta. Walka nie toczy się o przekonanych, ale o poszukujących swojej tożsamości. Hipster prawica chce zawalczyć przede wszystkim o młodych, dlatego akcentuje język, przekaz, symbolikę, która dla nowych pokoleń jest zrozumiała i bliska.

Czy im się to uda? No właśnie. Co ma się im udać? Przyciągnięcie młodych ludzi? Zyskanie na popularności? Stanie się ważnym środowiskiem w debacie publicznej? Z pewnością leży to w ich zasięgu. Ale czy uwrażliwią swoich fanów na dobro wspólne? Skierują złapane dusze ku Bogu? Usztywnią moralne kręgosłupy? Tutaj mam wątpliwości. I nie o intencje chodzi. Gra z popkulturą wymaga nie tylko intelektualnej wirtuozerii. To także subtelne wyczucie proporcji. Hipsterskości hipster prawica nie musi potwierdzać. Ale czy prawicowości także? Za taką wątpliwość być może poczują się urażeni, ale proponuję mały eksperyment. Niech zapytają „na mieście”, z kim się kojarzą. Z pielęgnacją ducha czy hajlajfem? Ze wspólnotowością czy indywidualizmem? Z Bogiem czy „piąteczkiem”? Ten ostatni jest tutaj najbardziej wymowny. Dla wielu fanów hipster prawicy to właśnie cotygodniowe wezwanie na „placyq” jest najbardziej charakterystycznym punktem identyfikacji tego środowiska.  Podobno ludzie o różnych politycznych sympatiach i ideowych tożsamościach piszą, że podoba im się „stylówa” hipster prawicy. Mówią o tym środowisku jako bardziej atrakcyjnej twarzy polskiego konserwatyzmu. Wierzę w to. Tylko zastanawiam się, na ile nieprawicowym osobom podoba się w nim nie to, co hipsterskie, ale to, co prawicowe. Czy nie jest przypadkiem tak, że lubią, cenią, lajkują śmieszne memy nie dla, ale pomimo prawicowych wtrętów? Lub traktują je tak jak wszystko inne – ironicznie? Redaktorzy mówią, że chcą się dobrze ubierać, dobrze jeść i dobrze bawić. Czy można mieć im to za złe? Mogą tłumaczyć, że w ten sposób próbują dotrzeć do ludzi, do których żaden nurt konserwatywny nie dotarł. Bo nie chciał. Bo skreślił na starcie. Oni chcą tych porzuconych przez prawicę bękartów pozyskać. Ponadto wplatają wątki religijne, dowcipkują z lemingów.  I najważniejsze – niweczą robotę liberalnej-lewicy, aby przyspawać prawicę do wizerunku z jednej strony moherowej przaśności i obciachu, z drugiej do ogolonych pał z ONR.  Więc o co kaman?

Problem w tym, że konserwatyzm obejmuje ogromny obszar także tego, co niehipsterskie, a często nawet tego, co jest przeciwieństwem hipsterki. Prawica w wydaniu hipster prawicy została sprowadzona głównie do antyestablishmentowej postawy przeciwko III RP. Jest to identyfikacja w kontrze przede wszystkim do określonych środowisk, a nie określonych idei. Klasyczna koncepcja człowieka i świata pełni więc tutaj funkcję drugorzędną, jeśli nie marginalną. Oczywiście jest to zarzut, który można postawić także wielu innym środowiskom identyfikującym się z prawicą w Polsce, dla których większe znaczenie miało to, jak kto zagłosował w wyborach prezydenckich w 1990 roku (Mazowiecki/Wałęsa) czy 2005 (Tusk/Kaczyński), niż to, jak kto głęboko zinternalizował idee dobra wspólnego, tradycji, czy społecznego solidaryzmu. Ale gdy antysalonowość zmieszamy z hipsterską „stylówą”, otrzymamy Frankensteina z konserwatyzmem bardzo luźno związanym.

Dlaczego? Nie czas na spory definicyjne, ale kilka elementarnych zasad prawicowości w kontekście hipsterstwa warto przypomnieć. To przede wszystkim prymat ducha nad materią. Pochwała tego, co wzniosłe, poważne, wyższe w ludzkiej duszy. Ocena tego, co w środku, a nie tego, co na powierzchni. Nie szata, a porządek w duszy i głowie. Nie to, co się ma, ale to, kim się jest. I co bardzo istotne, ocena nie wedle kryteriów estetycznych, ale w kategoriach etycznych. A bez napinki: to po prostu opowiedzenie się za kulturą nad coolturą. I mocną tożsamością, a nie życiową turystyką. Dlatego nie mogą hipster prawicy dziwić wątpliwości, a i często sprzeciw wielu konserwatywnych środowisk o tradycyjnej obyczajowości. Tej, która podejrzliwie patrzy na obyczajową swobodę. A więc i jej symbol – zblazowanych „bikiniarzy” pijących kawę w „starbuniu”, w Charlotte z „rajbanami” na twarzy. Dla nich to niezrozumiałe, dlaczego mają akceptować konsumpcjonizm, próżność, pozerstwo, lans i duże pokłady narcyzmu. Dziwną formę bez treści i to o odwrotnej między nimi hierarchii. Poza tym hipsterstwo można skrytykować nie tylko z prawej strony. Przede wszystkim za nieautentyczność ciepłego dystansiku i autoironii. I za fałsz. Fałsz, że udają, że nie mają kasy i kupują ubrania w second-handzie. Fałsz, że lubią jeździć na rowerze bez przerzutek, jak w garażu tato nową brykę postawił. Fałsz bycia niepokornym outsiderem, gdy najsilniejszym bodźcem jest atawistyczna chęć bycia fajnym i lubianym. A w przypadku prawicowej wersji fałsz, że identyfikują się z Polską powiatową, podczas gdy hermetyczne żarty i trendsetterskie komentarze są rozumiane tylko przez tych mieszkających w promieniu 20 km od warszawskiej tęczy na Placu Zbawiciela. Dla osób kulturowo wychowanych na prowincji, albo w każdym razie z daleka od stolicy, zdjęcie z Gazetą Polską hipster prawicy może nie wystarczyć, żeby zyskać sympatię. A co dopiero poczucie identyfikacji.

Brzmi jak uwagi zrzędliwej nauczycielki na wychowawczej? W kontraście do „nieznośnej lekkości bytu” promowanej przez hipster prawicę na pewno.  A może to tylko ironiczna zabawa? Robota dla fanu? Może głębsze interpretacje są szukaniem piątego dna, gdy drugie nie istnieje? Jeśli tak, to ok. Możemy się nawet razem pobawić. Ale mam intuicję, że ambicje hipster prawicy są większe. Może od zabawy się zaczęło, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia.  No i ważna sprawa. Skoro to tylko figlarne żarciki, to niech nie mają pretensji, że ich prawicowość może być tak samo odbierana – pół żartem, pół serio. Ich wieczna wieloznaczność, nieokreśloność, nieuchwytność, sytuacyjny konwencjonalizm może się okazać się dwa kroki przez ich sympatykami. To o dwa za dużo. Dezorientacja może powodować, że będą wiedzieć, gdzie się ubrać i gdzie bywać, ale niekoniecznie już, co myśleć. W końcu, jak w arcyciekawym tekście o Tyrmandzie w „Nowym Państwie” napisał Matyszkowicz: Z ciuchami jest zawsze tak, że trudno uchwycić moment, w którym przestają być one czymś zewnętrznym, przybranym właśnie, a w którym stają się już częścią osobowości. W pewnym sensie jesteśmy tym, co nosimy – jesteśmy tym, co świat ogląda, a ten widzi nasze ubranie, przez nie się wyrażamy, komunikujemy światu, co dla nas najważniejsze.

Podsumujmy. Podstawowy konserwatywny zarzut do hipster prawicy brzmi: to może być w większej mierze otwarcie konserwatyzmu na postmodernistyczną kulture, niż na odwrót. Mam wrażenie, że póki co więcej prawicowców oswoili z obcą dla nich wcześniej subkulturą niż przyciągnęli poszukujących na prawą stronę. Jeśli hipsterka ma być narzędziem do tego, aby finalnie dotrzeć z konserwatywnym przekazem, to wszystko w porządku. Ale gdy nie jest tylko formą, ale staje się treścią, to wolno zapytać, czy mamy dalej do czynienia z prawicą. To nie tylko pytanie o proporcje. O to, czy z Tyrmanda zapożyczyć kolorowe skarpetki, czy elegancki garnitur. Także o to, co w tym skomplikowanym związku jest fundamentem, a co ornamentem.