Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Wójcik  6 września 2013

Futbol, tulipany i wirtualna gospodarka

Piotr Wójcik  6 września 2013
przeczytanie zajmie 5 min
Futbol, tulipany i wirtualna gospodarka Wikimedia Commons

Co łączy zakupionego za niecałe 100 milionów euro piłkarza Realu Madryt Garetha Bale’a z odmianą tulipana Semper Augustus? Co ma wspólnego Brazylijczyk Denilson z akcjami XIX-wiecznych spółek kolejowych z Wielkiej Brytanii? Na pierwszy rzut oka nic. Gdy jednak przyjrzymy się – nawet pobieżnie – historii ludzkiego szaleństwa, którą znaczą kolejne napompowane do granic obłędu bańki spekulacyjne, okaże się, że bardzo wiele.   

W dużym uproszczeniu: bańka spekulacyjna to stan, w którym rynkowa cena pewnych dóbr przekracza bardzo wyraźnie ich realną wartość. Jest ona często wynikiem zwykłego „owczego pędu”, który charakteryzuje rynek zdominowany przez masową konsumpcję. Nieprawdziwy mit o racjonalnym homo economicusie powoli odchodzi w zapomnienie, a ostateczny cios zadał mu noblista Daniel Kahneman. Ale i tak, patrząc na pokaźną listę dowodów rynkowej irracjonalności, należy się dziwić, że mit ów przetrwał tak długo. Jednak bańki spekulacyjne nie są tylko wynikiem „ograniczonego rozsądku” większości rynkowych graczy, lecz także świadomego ludzkiego działania. Spekulacja przybiera najczęściej formę  tzw. krótkiej sprzedaży, czyli m.in. zarabiania na różnicach w wartości transakcji pomiędzy terminem jej zawarcia a terminem faktycznej realizacji. Każda bańka spekulacyjna to efekt w pewnej mierze zarówno szalonego „owczego pędu”, jak i perfidnej, świadomej gry na instynktach.

Bańki spekulacyjne towarzyszą człowiekowi od dawna. Ich przegląd z reguły zaczyna się od wspomnianego już przypadku tulipana, zwanego Semper Augustus. Za jedną cebulkę tego holenderskiego kwiatu w XVII wieku płacono nawet 10 tysięcy guldenów, czyli w przeliczeniu na współczesne ceny około 700 tysięcy dolarów. I to nie tych z Zimbabwe. Korekta ceny tulipana była dosyć brutalna. Gdy skończyła się gorączka, jego rynkowa wartość spadła o 95%. Inwestorzy zostali bez pieniędzy, za to z tulipanem w ręce. Czyli niewiele lepiej, niż z ręką w nocniku, tak jak obudzili się pewni niebotycznych zysków udziałowcy XIX-wiecznych brytyjskich spółek kolejowych. Podczas rewolucji parowej ceny udziałów tychże przedsiębiorstw pięły się do nieba, jednak niebo okazało się trochę dalej niż w przewidywaniach. Oczekiwane profity nie nadeszły, kursy akcji runęły w dół, a człowiek i tak niczego się nie nauczył, gdyż już na początku następnego wieku zgotował sobie największa bańkę w historii. Ceny akcji na Wall Street w latach dwudziestych szybowały niczym Zeppelin Hindenburg w dekadzie następnej. I tak jak on skończyły – spadły nagle, w sposób szokujący dla wszystkich. Począwszy od roku 1929, a dokładnie od tzw. „czarnego czwartku”, większość cen akcji spadła praktycznie do zera, rujnując w ten sposób tysiące inwestorów, którzy w zasadzie z dnia na dzień stali się żebrakami. „Rynek załamał się, ponieważ się załamał” – tylko tyle potrafił wykrztusić z siebie gwiazdor ówczesnej ekonomii Irving Fisher.

Kolejne bańki na rynku amerykańskim może nie były aż tak brzemienne w skutki, ale równie wspaniale pokazywały, jak lekkomyślny jest człowiek. Bo jak inaczej tłumaczyć windowanie wycen tzw. dot-comów (czyli internetowych start-upów) podczas bańki internetowej w latach 1995-2000, jeśli nie obłędnym zachłyśnięciem się nowymi możliwościami, jakie dawał Internet? Czyż bańka na amerykańskim rynku hipotecznym w latach trochę późniejszych, którą wielu ekonomistów uważa za najważniejszą przyczynę dzisiejszego kryzysu, nie obnaża doskonale ludzkiej pazerności? Oczywiście każdej z tych sytuacji, oprócz mas pozostawionych na lodzie, towarzyszył szereg zadowolonych i uśmiechniętych spekulantów, zacierających ręce i śmiejących się do rozpuku z pożytecznych idiotów, dzięki którym tak łatwo im przyszło zarobić. Ekonomiści wieszczą już kolejne pęknięcia nabuzowanych baniek. Największe niebezpieczeństwo może nadejść z Chin, gdzie ceny nieruchomości pną się w górę nieprzerwanie od wielu lat, pomimo działań rządu, które mają temu zapobiec. Chińskie załamanie może odbić się negatywnie na całym światowym wzroście, który przecież i tak jeszcze nie doszedł do siebie po ostatnich zawirowaniach gospodarczych. Przy chińskiej hiperbańce ogromny wzrost wartości wirtualnej waluty bitcoin (w pewnym momencie nawet 1000% od początku roku) jest niczym katar przy dżumie. Ale gdy i te ceny pójdą w dół, także w tym przypadku wielu ludzi będzie się zastanawiało, jak mogli być tak zaślepieni ułudą szybkiego zarobku.

Skoro bańka spekulacyjna powstała nawet w tak mało ekscytującej branży jak kolej, to w przepełnionej afektem piłce nożnej windowanie cen także musi mieć miejsce. Tam, gdzie są do zagospodarowania skrajne ludzkie emocje, tam muszą się pojawić też ogromne pieniądze. Gdy „Złoty Bóbr” Ronaldo przechodził w 1997 roku do Interu za równowartość 28 milionów euro z Barcelony, stawał się najdroższym piłkarzem w historii. Jego zakup był też jedną z najgorszych inwestycji w historii, gdyż Brazylijczyk od momentu transferu nigdy nie zbliżył się do formy, którą prezentował w barwach Blaugrany. Nie zepsuło to jednak samopoczucia dyrektorów sportowych klubów piłkarskich, którzy bili rekordy zakupów na wyścigi. Już w 1998 roku włodarze Betisu postanowili kupić Denilsona za jeszcze większe pieniądze. W jakim celu, nie wiadomo. Niewiele później Betis tułał się już po drugiej lidze, a Denilson po takich klubowych „tuzach” jak grecka Kavala. Innym przykładem bezsensownej rozrzutności był Hernan Crespo, kupiony w 2000 roku za 55 milionów euro przez Lazio i odsprzedany w 2002 roku do Interu za 36 milionów. Jak łatwo policzyć, menadżerowie rzymskiego klubu dzięki całej operacji stracili w dwa lata ok. 20 milionów euro tylko na jednym graczu. Jednak czym jest prawdziwy obłęd zakupów, pokazał dopiero Florentino Perez i jego koncepcja Galacticos. Luis Figo kosztował 62,5 miliona euro i za takie pieniądze sprzedała go do Królewskich sama Barcelona, czyli ich największy wróg. Zidane to był już wydatek ponad 70 milionów. Trzeba jednak przyznać, że akurat te transfery chociaż w pewnej mierze się zwróciły, a Zidane m.in. strzelił dla Galacticos piękną bramkę w zwycięskim finale Ligi Mistrzów. Kolejny rekord to znów Real i Cristiano Ronaldo zakupiony za, bagatela, 94 miliony euro. I gdy wydawało się, że doszliśmy już do granic absurdu, Real sprowadził za prawie 100 milionów euro Garetha Bale’a – gracza, który jeszcze niczego nie osiągnął.

Trzeba pamiętać, że ogromne pieniądze przelewające się przez światową piłkę to przede wszystkim pensje piłkarzy, a nie sumy transferowe.

Gareth Bale w Realu będzie zarabiał, proszę usiąść, 300 tysięcy funtów tygodniowo. Czyli, jak podało BBC, w tydzień podwoi roczne zarobki premiera Davida Camerona. Bale zarobi nawet dwa razy więcej niż najbardziej ekscytujący obecnie piłkarski talent, Brazylijczyk Neymar z Barcelony. Ale to i tak wcale nie rekord – Messi i Cristiano Ronaldo samej pensji otrzymują ponad 20 milionów euro rocznie. Pomyślałby ktoś, że tak płacący pracodawcy muszą być w znakomitej kondycji finansowej. Wolne żarty: piłka nożna nie zna terminu „zdrowe finanse”. Real Madryt, szastający pieniędzmi na lewo i prawo, w roku 2012 miał 124 miliony euro długu. Czyli i tak ponad dwa razy mniej niż Barcelona, która w 2013 może pochwalić się długiem wysokości 331 milionów. Co roku wydające ogromne pieniądze Manchester City i Inter, jak podaje Forbes, sezon 2012/2013 zakończyły z kilkudziesięciomilionową stratą. A angielska Chelsea, w którą rosyjski miliarder Roman Abramowicz władował setki milionów euro, pierwszy zysk wykazała dopiero po 9 latach. Zważywszy na to, że był to sezon, w którym Chelsea wygrała przynoszącą największe przychody w piłce nożnej Ligę Mistrzów, dosyć marny zysk na poziomie 1,5 miliona euro wzbudza jedynie uśmiech niedowierzania. Nie jest tajemnicą, że większość klubów piłkarskich to kolosy na glinianych nogach. Przypominają o tym od czasu do czasu kolejne spektakularne upadki wielkich klubów, takie jak ubiegłoroczne bankructwo Glasgow Rangers.

W świecie piłkarskim czymś takim jak umiar nikt specjalnie się nie przejmuje.

Problemem jest to, że umiar przestał się liczyć generalnie w całej zachodniej cywilizacji. Kolejne zera przy sumach transferowych nie ruszają nas tak samo, jak kolejne zera przy liczbach ofiar konfliktów zbrojnych.

Jednak istotnym problemem jest sama wirtualność dużej części naszej gospodarki. Podczas przeróżnych transakcji płacone są niewyobrażalne pieniądze, częstokroć nie za bardzo wiadomo, za co. Wartości wyceniane na miliardy euro są ulotne niczym jedno kliknięcie myszką maklera podczas giełdowej sesji. Oparta na tak nieuchwytnych fundamentach gospodarka może się zachwiać przy każdym większym podmuchu. Jedynym dla niej ratunkiem jest oparcie o namacalne podstawy. Ich zaś nie dają kolejne wymyślane przez spekulantów instrumenty finansowe. Mocne fundamenty może dać tylko wytwarzanie realnych dóbr. Naczelną zasadą znów musi się stać zysk oparty na rzeczywistej wartości dodanej. Zdobywanie olbrzymich profitów dzięki pustym operacjom na wielkich sumach pieniędzy musi się skończyć, gdyż na dłuższą metę prowadzi światową gospodarkę ku przepaści.