Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Juliusz Gałkowski  6 września 2013

Gałkowski: Demokracja z przypadku

Juliusz Gałkowski  6 września 2013
przeczytanie zajmie 3 min

Tadeusz Zieliński napisał historię antyku w taki sposób, że nie byłem w stanie oderwać się od grubych tomów. W miarę dorastania z pewnym przerażeniem odkryłem, że ten piękny opis nie pozwala jednak na pełne zrozumienie tego, co się działo dwa i pół tysiąclecia temu. Co gorzej, pełnego zrozumienia nie dają także inne, bardziej dorosłe książki – zarówno podręczniki szkolne, jak i akademickie. Często są to opracowania przewyborne, pozwalające na poszerzenie wiedzy, lecz przeważnie pozostają jedynie na poziomie faktów – pisze Juliusz Gałkowski.

Dzieła dające zrozumienie historii – takie jak praca Christiana Meiera – są prawdziwą rzadkością. Właściwie z punktu widzenia studenta polskiej wyższej uczelni jest to książka nieprzydatna: mało tabelek i brak klarownych podsumowań. Na domiar złego gruba i zasypująca czytelnika nieustającym gradem dygresji. Jak się z tego uczyć? To jest właściwe pytanie, ponieważ z Powstania polityczności uczyć się do egzaminów nie sposób. Ale jak wiele można się z niej nauczyć!

Kluczowe dla całej pracy jest przypomnienie czytelnikom (a ilu z nas dopiero na podstawie tej lektury sobie tę prawdę uświadomi?) podstawowego faktu: Grecy nie znali demokracji. Toteż oni nie mogli jej budować ani do niej dążyć. A przecież zwykle, zarówno w podręcznikach, jak i w literaturze swobodniejszej (jak na przykład w książkach Zielińskiego), właśnie na takim tryumfalnym marszu ku demokracji buduje się narrację kolejnych reform i zmian w starożytnych Atenach. Od Solona, przez Kimona i Klejstenesa, po Peryklesa, uczeni i inteligentni mężowie w chlamidach krok po kroku zbliżali się ku wymarzonemu celowi – powszechnej władzy ludu.

Christian Meier całą sprawę ujmuje inaczej. To nie demokrację budowali Grecy; ona wyszła im niejako przy okazji. Celem było skuteczne działanie polis – wspólnoty, która rozrastając się i komplikując, wymuszała na mieszkańcach znajdowanie nowych rozwiązań. Mówiąc krótko – stawiała ich wobec konieczności działań politycznych, czyniąc z nich obywateli. Jeżeli zaś nie demokracja – władza ludu – była celem, ideałem stawianym na horyzoncie działań, to musiało być nim coś innego.

Meier wskazuje na izonomię. Termin nie do końca jasny i oczywisty we współczesnych czasach. Pojęcie równości jest szalenie zdezawuowane przez jego nieustanne nadużywanie, od rewolucji francuskiej, przez październikową na kulturalnej i wszystkich kolejnych kończąc. Izonomia to równość wobec prawa, ale także równy udział w obowiązkach wobec wspólnoty. Walki między rodami arystokratycznymi czy rządy tyranów (będące tak naprawdę wynikiem rywalizacji oligarchów) nie były w stanie zapewnić harmonijnego działania wspólnoty. Izonomia nie była teoretycznym konstruktem opartym na spekulacjach o ludzkich prawach, lecz zbudowanym na praktycznych potrzebach włączaniem coraz szerszych grup obywateli w procesy polityczne – w polityczność właśnie.

Musimy także zmierzyć się, wespół z Meierem, z objętym społecznym odium pojęciem polityczności, które autor wywodzi – a jakże – od Carla Schmitta. Pojmowanie polityczności jako umiejętności rozróżnienia swoich od wrogów ma złą renomę. Nie podejmuję się oceny koncepcji Schmitta, jednakże jest ona przydatna do analizy starożytnych procesów państwowotwórczych. Wchodzenie w polityczność prowadziło do coraz skuteczniejszego jednoczenia mieszkańców Attyki, co jest jednym z podstawowych obszarów społecznych dających się ująć koncepcją polityczności Schmitta.

Patrząc w ten sposób, zaczynamy rozumieć, że kolejne zmiany – zwłaszcza kluczowa dla ateńskiego ustroju reforma Klejstenesa – nie miały na celu budowania kolejnych mechanizmów demokratycznych, lecz zapewnienie równoważnego udziału politycznej obecności obywateli. Twórcy mechanizmów nie zastanawiali się, co będzie bardziej demokratyczne, właściwe czy postępowe, lecz co okaże się bardziej praktyczne. Obywatele coraz mocniej utożsamiali się z państwem, a nie wyłącznie z rodową wspólnotą czy sieciami powiązań patronacko-klienckich. A odbywało się to z korzyścią dla nich wszystkich. To, co uznajemy za istotę demokracji, czyli teatrum wyborcze, organizacje polityczne czy reprezentacje okręgów, dla starożytnych Greków, odkrywających dopiero swoją polityczność, było tylko instrumentem życia wspólnego, a nie jego celem.

Taki namysł nad politycznością antyku konfrontuje dzisiejszego czytelnika z polską współczesnością. Czasami można odnieść wrażenie, że nasze elity postawiły bardziej na odtwarzanie zewnętrznej formy struktur politycznych niż na namysł nad tym, jaka ma być ta wolna wspólnota. Określono ideał demokracji nie przez cele i idee kształtujące polityczność Polaków, lecz przez hasła i slogany, boć przecież każdy wie, że demokracja to wolne wybory, partie polityczne, społeczeństwo obywatelskie i co tam komu jeszcze przyjdzie do głowy. Pusta forma nie daje życia. Nic zatem dziwnego, że czasami nasza polska polityka tak się ma do tej z agory, jak drugorzędna burleska do tragedii Sofoklesa i Eurypidesa.