Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Marcin Ociepa  4 września 2013

Polityczni niewolnicy nie mają głosu. Rozmowa z Marcinem Ociepą.

Marcin Ociepa  4 września 2013
przeczytanie zajmie 3 min
Polityczni niewolnicy nie mają głosu. Rozmowa z Marcinem Ociepą. tanidruk.info.pl

Prezydent złożył projekt zakładający odgórną ważność lokalnych referendów, bez konieczności uzyskania ustalonego poziomu frekwencji. Czy jest to dobra metoda, aby zachęcić obywateli do czynnego udziału w lokalnej polityce?

Po pierwsze jestem zwolennikiem zasady, że „nieobecni nie mają racji”. Mamy bowiem w Polsce do czynienia z bardzo powszechnym zjawiskiem, które nazwałbym „dobrowolnym politycznym niewolnictwem”. Kto zrzeka się w ustroju demokratycznym wpływu na wspólnotę czy organizm polityczny, którego jest częścią, staje się dobrowolnym niewolnikiem tych, którzy od tego wpływu się nie odżegnują. Oto bowiem przy frekwencji wyborczej na poziomie 50% każdy głos liczy się podwójnie, a tak podejmowanej decyzji nieodwołalnie podlegają niegłosujący, którzy się politycznie ubezwłasnowolnili. Skoro więc wybory są ważne bez względu na frekwencję, to nie ma powodu, by także referenda nie podlegały tej samej regule, promującej obecnie tych, którzy decydują się wziąć w nich udział. Z czasem mieszkańcy zrozumieją, że nie opłaca się w dniu referendum zostawać w domu, bo decyzja o wspólnej przyszłości zapadnie bez ich udziału. Pytanie tylko, ilu z naszych współobywateli ten stan dobrowolnego niewolnictwa jeszcze przeszkadza? 

Po drugie, referenda ważne bez względu na frekwencję to większa mobilizacja władzy do częstszego i poważniejszego dialogu społecznego, a także koniec ze zniechęcaniem do udziału w głosowaniu. Jeśli chcemy budować prawdziwe rzeczpospolite samorządowe, to nie możemy odwoływać się do głosu mieszkańców tylko co cztery lata. Tak się nie da budować żadnej wspólnoty. 

Czy takie rozwiązanie może mieć negatywne konsekwencje dla sprawności rządzenia?

Ja skutków negatywnych nie dostrzegam. Jedynym zagrożeniem dla stabilności władzy samorządowej byłyby zbyt częste referenda. Jednak konieczność zebrania przez wnioskodawców podpisów aż 10% uprawnionych do głosowania mieszkańców to skuteczna bariera dla wszelkiego rodzaju krzykliwych populistów, którzy z referendów chcieliby uczynić jedynie narzędzie autopromocji lub walki politycznej. Oni występują w każdej gminie, ale najczęściej, choć głośni, są zmarginalizowani. To znaczy, że tych 10% podpisów jest poza ich zasięgiem.

Martwi mnie jednak inny zapis w projekcie. Mianowicie podniesienie progu frekwencyjnego dla referendów o odwołanie wójta, burmistrza lub prezydenta poprzez zrównanie go z ilością głosujących w wyborach, w których został wybrany. Choć intencje uniknięcia chaosu w gminach są szczytne, w praktyce oznacza to rezygnację z narzędzia służącego odwołaniu skompromitowanego gospodarza w trakcie kadencji. Nie wierzę bowiem, że można przy referendum zwoływanym ad hoc zebrać przy urnach tylu obywateli, ilu udaje się zebrać w wyniku długiej, ogólnopolskiej kampanii z udziałem najważniejszych sił politycznych i mediów. To antyobywatelski zapis, będący ewidentnym wynikiem lobbingu części tychże wójtów, burmistrzów i prezydentów.

Jakie jest Pańskie zdanie jako samorządowca: czy głowa państwa rozumie realia władzy na szczeblu lokalnym?

Prezydent, choć sam nigdy nie był samorządowcem, chętnie się nimi otacza. Samą ustawę zaś szeroko z nimi skonsultował. To plus. Ewidentnie takie spojrzenie na Polskę spoza parlamentu, z pewnego dystansu, sprawia, że Prezydenci RP bardziej doceniają instytucję samorządu terytorialnego. Już dziś można zresztą powiedzieć otwarcie: porównując jakość pracy i kulturę polityczną, to Sejm powinien się uczyć od samorządu, nie na odwrót. 

Dziś bardzo potrzebujemy renesansu myśli samorządowej. To świetna szkoła myślenia państwowego. Jestem przekonany, że za kilka, kilkanaście lat Polską będą rządzić ludzie, których zasadnicze doświadczenie służby publicznej będzie pochodzić właśnie z samorządu. Gminy, powiaty i województwa to nie tylko forma organizacji ludności na danym terenie, ale także kuźnia elit państwowych. Musimy więc robić wszystko, by było w nich jak najmniej patologii, a jak najwięcej zdrowego, społecznego zaangażowania. 

Rozmawiał Krzysztof Bieda