Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
dr Marcin Kędzierski  29 sierpnia 2013

Wyprowadźmy religię ze szkół!

dr Marcin Kędzierski  29 sierpnia 2013
przeczytanie zajmie 3 min

Zbliża się wrzesień – i jak co roku rozpoczyna się wojna o lekcje religii. Od ponad 20 lat w tej swoistej „kampanii wrześniowej” biorą udział te same strony i od lat używają tych samych argumentów. Problem polega na tym, że wcale nie jest to wojna religijna, ale polityczna, w której szkolna katecheza stanowi narzędzie walki, i to z obydwu stron. I będzie tak, dopóki religia nie zniknie ze szkół. Najwyższy czas, by przełamać ten impas.

Wiara chrześcijańska nie jest sprawą prywatną i nie można jej zostawić za progiem domu. Każdy wierzący jest powołany do niesienia Ewangelii na krańce świata. Dla większości z nas tym krańcem świata jest szkoła, praca, boisko, park. Co więcej, obowiązek ten nie trwa przez godzinę czy dwie w tygodniu, ale 24/7. Ewangelizacja to jednak tylko pierwszy krok. Drugim jest katechizacja, czy przekazywanie prawd wiary. Ten obowiązek, podobnie jak niesienie Ewangelii, także spoczywa na każdym wierzącym. Ba, nie tylko obowiązek, ale wręcz przywilej. Przywilej nas jako członków wspólnoty Kościoła – domowego (rodzina), lokalnego (parafia, dekanat, diecezja) i powszechnego.

Doświadczenie pokazuje, że wprowadzenie religii do szkół spowodowało zrzeczenie się odpowiedzialności wielu rodziców za wychowanie w wierze swoich dzieci. Oczywiście, rozwiązanie to jest wygodne, bo z wiedzą religijną w Polsce wśród dorosłych krucho. Odpowiedzialność za to ponoszą i świeccy, i Kościół instytucjonalny – jak głosi znane powiedzenie: „Jezus błogosławił dzieci i nauczał dorosłych, Kościół w Polsce robi dokładnie na odwrót”. Klimat świeckiej szkoły nie sprzyja jednak wychowaniu w wierze: w powszechnej praktyce w lekcjach religii uczestniczą nawet niewierzący, a w celu usprawiedliwienia obecności katechezy w przestrzeni świeckiej, na religii przekazuje się wiedzę, czyli uczy się pływania po piasku. Postulaty wprowadzenia matury z religii idzie właśnie w tym kierunku. Mało kto podnosi, że studiowanie nauki Kościoła bez wiary prowadzi do niewiary, czego dowodem może być ateizacja wielu absolwentów teologii.

Po co nam zatem religia w szkole? Czemu środowiska katolickie tak o nią walczą? Żeby bronić etatów dla świeckich teologów? Żeby zapewnić ubezpieczenie społeczne księżom katechetom? Żeby pokazać (komu?), że Polska to katolicki kraj i religia ma miejsce w przestrzeni publicznej (choć i tak nie ma)?

Czy to wystarczające powody, by dawać osobom nieprzyjaznym Kościołowi powód, by co roku nas, chrześcijan, za te lekcje religii „młotkowali” – za brak rozdziału Kościoła od państwa, za finansowanie Kościoła z publicznych pieniędzy etc.? Czy warto umierać za szkolną katechezę, i to taką, która zamiast przybliżać do Boga, czasem od niego oddala?

Nie warto. Skorzystajmy z przywileju ewangelizacji oraz katechizacji jako wspólnota Kościoła – i domowego, i lokalnego, i powszechnego. Przenieśmy katechezę ze szkół do domów i parafii. Weźmy odpowiedzialność za wychowanie w wierze samych siebie – to będzie najlepsza lekcja religii dla naszych dzieci. Nie zrzucajmy z siebie tego trudu, bo tylko on może przynieść dobre owoce. A pracy dla świeckich katechetów nie zabraknie, jestem nawet przekonany, że nie będą mieli oni chwili wytchnienia, jeśli wierzący zaczną na poważnie traktować swoją wiarę – a w końcu trudno naprawdę wierzyć w coś, czego się nie zna. Nie bałbym się też o ich materialne utrzymanie, bo „godzien jest robotnik swej zapłaty”; przestańmy w tej materii liczyć na państwo i drżeć co roku o los świeckich teologów, a zamiast tego w duchu pomocniczości zacznijmy opłacać swoich księży i katechetów.

Jednocześnie chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że moja argumentacja wynika z troski o dobro Kościoła, a nie pobudek „świeckich” jakie podnoszą choćby inicjatorzy akcji „Świecka szkoła”, związani ze środowiskiem magazynu Liberte. Stojąca za ich wysiłkami wizja rozdziału Kościoła od państwa jest bowiem wizją szkodliwą, antagonizującą tylko oba podmioty. Dlatego nawet jeśli zdecydujemy się na przeniesienie katechezy do parafii, nie może to oznaczać rugowania z przestrzeni szkolnej osób duchownych, choćby w postaci lekcji dodatkowych prowadzonych przez księży.

Być może pierwszym krokiem w kierunku zmian mógłby być model, gdzie z jednej strony mielibyśmy utrzymane katechezy w szkołach (etap pierwszy), a z drugiej pojawiły by się także zajęcia w salkach parafialnych (etap drugi, pogłębiony, dla chętnych). I w tym modelu możemy dyskutować czy rzeczywiście konieczne jest utrzymanie finansowania księży z budżetu państwa, czy raczej powinni oni dostawać wynagrodzenie od Kościoła. 

I jeszcze jedno: wyprowadzając religię ze szkół, mamy niepowtarzalną okazję do odrodzenia życia wspólnotowego wokół parafii, gdyż wierzący, którzy dziś często są dla siebie anonimowi, będą mieli okazję poznać się przy wspólnym działaniu i stworzyć żywy Kościół. A nic tak nie buduje wspólnoty jak troska o jakieś dobro. Brzmi abstrakcyjnie? Wystarczy sięgnąć do dokumentów okołosoborowych, takich jak m.in. „Obrzęd chrześcijańskiego wtajemniczenia dorosłych” (Ordo initiationis christianae adultorum, OICA) z 1972 roku, by przekonać się, że to realne i możliwe do zrealizowania w najdrobniejszych szczegółach. A że duch soborowej odnowy wciąż nie dotknął rzeczywistości polskich parafii? Dajmy mu najpierw okazje do działania.