Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Wójcik  26 sierpnia 2013

Wójcik: Armia poza szeregiem

Piotr Wójcik  26 sierpnia 2013
przeczytanie zajmie 4 min
Wójcik: Armia poza szeregiem Gigi Abrahim, CC 2.0

Sytuacji w Egipcie nie da się przedstawić w czarno-białych barwach. Bractwo Muzułmańskie nie jest tym, za co jest powszechnie uważane w krajach Zachodu. Rola wojska w Egipcie nie jest taka sama, jak w naszym kręgu cywilizacyjnym. Stabilizacja w tym dużym afrykańskim kraju zależy od przynajmniej podstawowej współpracy tych dwóch podmiotów. A na obecnym etapie konfliktu największym problemem jest postawa armii.

Postronnemu obserwatorowi z Europy ciężko będzie zrozumieć fenomen powstałego w 1928 roku Bractwa Muzułmańskiego. W naszej części świata z namiastką (ale tylko namiastką) tak masowego ruchu społeczno-politycznego mamy obecnie do czynienia na Węgrzech, jednak inspirowane przez Fidesz działania trudno nawet porównać z rozmachem, z jakim działają Bracia – zaznaczam, że mowa tu tylko o skali, a nie sposobach postępowania. Bo te są często, delikatnie mówiąc, niezmiernie kontrowersyjne. Rozproszona struktura tej organizacji powoduje, że pod jej szyldem działają bardzo różne grupy – od całkiem umiarkowanych islamistów do fanatycznych bojówek. To oczywiście sprawia, że jej realna kontrola jest często niemożliwa. Na „konto” Bractwa należy zapisać wiele zamachów i akcji zbrojnych, w tym przede wszystkim nieudany zamach na prezydenta Abdela Nasera w 1954 roku i zabójstwo prezydenta Anwara Sadata w roku 1981. Za wszystkie akcje zbrojne Bractwa odpowiedzialność ponosili ich przywódcy, chociaż często nie odpowiadali za nie faktycznie.

W zasadzie cała egzystencja Dżama’at al-Ichwan al-muslimin po II wojnie światowej jest naznaczona falą mniej lub bardziej uzasadnionych represji wobec jej liderów. Tę czarną serię zapoczątkowano jeszcze przed obaleniem monarchii, gdy w 1949 roku, w odwecie za zabójstwo egipskiego premiera przez jednego z członków Bractwa , oficjalnie nieznani sprawcy zamordowali na ulicy legendarnego założyciela organizacji, Hasana al-Bannego. W następnych latach, gdy po obaleniu króla Faruka rządy przejęła armia, sposoby radzenia sobie z Braćmi niespecjalnie się zmieniły. Wyroki śmierci i długoletnie więzienia serwowano lekką ręką w procesach, które z rzetelnością zwykle miały mało wspólnego. O ile Hasanowi al-Hudajbiemu udało się uniknąć śmierci (wyrok zamieniono na dożywocie), to już słynny Sajjid Kutb – autor „Kierunkowskazów”, które do dziś są główną inspiracją dla wielu islamistów, także spod znaku Al-Kaidy– w roku 1966 zawisnął na szubienicy, choć dokładnie nie wiadomo za co. Wszystkie te akcje odwetowe były przeciwskuteczne: al-Banny i Kutb stali się czczonymi męczennikami, a na miejsce zlikwidowanych liderów organizacji pojawiali się nowi. Jednak działalność zbrojna Bractwa to tylko niewielki, choć najbardziej rzucający się w oczy, wycinek jego aktywności. W wielu dziedzinach, takich jak edukacja czy służba zdrowia, Bracia de facto zapełniają lukę po niewydolnym państwie. Członkowie Bractwa zdominowali wybory do syndykatów zawodowych i związków studenckich na uniwersytetach. Należące do nich fundusze inwestycyjne obracają miliardami funtów egipskich i są dla wielu Egipcjan najpewniejszą lokatą kapitału.

Egipskiej armii, po obaleniu króla Faruka w 1952 roku, władza zasmakowała niezmiernie. Do tego stopnia, że aż do roku 2012 w zasadzie jej nie oddawała. Wszyscy egipscy prezydenci od wprowadzenia republiki, czyli Abdel Naser, Anwar Sadat i Hosni Mubarak,  byli protegowanymi armii oraz byłymi wojskowymi. Nawet wydarzenia z egipskiego wariantu Arabskiej Wiosny, czyli obalenie Mubaraka w 2011 roku, odbyły się za zgodą i pod kontrolą armii, która dokonując bardzo sprytnej wolty przyczyniła się do obalenia swojego prezydenta. Dopiero po wyborach w 2011 i 2012 roku mogło się wydawać, że armia oddała władzę – Bractwo Muzułmańskie wygrało wybory parlamentarne i prezydenckie, a prezydentem został umiarkowany islamista, wykształcony na Uniwersytecie Kalifornijskim Muhammad Mursi. Że to wrażenie jest błędne, można się było przekonać jeszcze przed zwycięstwem Mursiego, gdy Sąd Najwyższy w lipcu 2012 rozwiązał parlament z powodu niekonstytucyjnej ordynacji wyborczej. Pozbawiony wsparcia parlamentarnego Mursi zaczął zwiększać własne prerogatywy: próbował przywrócić funkcjonowanie parlamentu, nakazał powtórne procesy urzędników z czasów Mubaraka oraz usunął ze stanowiska szefa armii marszałka Tantawiego.

Tymi działaniami ostatecznie nadepnął wojsku na odcisk. Następca Tantawiego, generał as-Sissi, bardzo szybko pokazał, że nie zamierza zbyt długo pamiętać, komu zawdzięcza stanowisko. Cała seria wydarzeń pokazuje, że wystąpienia przeciw Bractwu to nie spontaniczny wybuch gniewu ludu, ale starannie zaplanowana polityczna akcja. Podczas rządów Mursiego kraj zmagał się z ogromnym deficytem paliwa i brakami prądu. Zaraz po jego obaleniu zbiorniki na paliwo cudownie się zapełniły, a prąd zaczął nagle płynąć. Bez zapowiedzi  zaczęły też płynąć do Egiptu pieniądze, głównie Saudów, choć wcześniej mniejszą kwotę Mursi starał się bezskutecznie uzyskać z MFW. Zastanawiające jest także to, jak szybko armia obsadziła kluczowe wakaty w rządzie. Wielu obserwatorów mówi, że rządzący obecnie z tylnego siedzenia generał as-Sissi ma ambicje prezydenckie, co już definitywnie cofnęłoby sytuację w Egipcie do czasów Mubaraka. Możliwy powrót do tamtych czasów potwierdza też nagłe wypuszczenie z więzienia byłego dyktatora, a zamknięcie w nim liderów Bractwa Muzułmańskiego.

Czysto polityczny charakter konfliktu pokazuje sama osoba genereła as-Sissiego, uważanego za islamistę, pod którego rządami Egipt wcale nie musiałby się stać bardziej świecki i prozachodni. Wiele powie także rzut oka na sojuszników obu stron – armię jawnie i wymiernie wspiera Arabia Saudyjska, która z demokracją i prawami człowieka nie ma nic wspólnego, za to rząd Mursiego wciąż uznaje i wspiera Turcja, kraj demokratyczny i członek NATO. Całą tę brudną grę przejrzał zresztą laureat pokojowej nagrody Nobla Muhammad el-Baradei, który po początkowym poparciu dla zamachu stanu, teraz się z niego wycofuje, rezygnując ze stanowiska tymczasowego wiceprezydenta. Potrzeba naprawdę wiele samozaparcia, by nie zauważyć, że armia ma wielką ochotę na odzyskanie władzy.

Sytuacja w Egipcie jest bardzo delikatna. Stabilizacja w tym kraju musi opierać się na równowadze sił i współpracy dwóch najsilniejszych środowisk – Bractwa Muzułmańskiego i armii. Inne siły, takie jak bardzo rozproszeni liberałowie czy dżihadyści, nie mają realnych szans na dojście do władzy. Jeśli w Egipcie odbędą się kolejne wybory, to z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że znów wygra je Bractwo. Nie ma możliwego stabilnego układu politycznego w tym kraju bez udziału Braci. Przetrwali oni prawie sto lat represji, szykan, wieszania i mordowania na ulicach. Pomimo tego wciąż pozostają największą siłą społeczną w Egipcie. W kraju, w którym tak silną pozycję ma tak nieprzewidywalny ruch jak Bractwo, i w którym państwo jest aż tak niewydolne w wielu obszarach, rola armii musi wykraczać poza tą przyjętą w krajach Zachodu. Armia egipska musi być gwarantem bezpieczeństwa wewnętrznego, musi stać na straży życia ludności cywilnej, także np. chrześcijan, których w Egipcie jest wielu. Nie może jednak tego czynić przez zawieszanie procesu demokratycznego, nawet jeśli to demokracja kulawa. Gdy wojsko wyraźnie przymierza się do odzyskania władzy, wchodzi w nieswoje buty. Mówiąc krótko: egipska armia musi uznać swe miejsce w szeregu.