Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Paweł Musiałek  25 sierpnia 2013

Musiałek: Słabnąca Platforma szansą Komorowskiego

Paweł Musiałek  25 sierpnia 2013
przeczytanie zajmie 3 min
Musiałek: Słabnąca Platforma szansą Komorowskiego Tomasz Przechlewski, CC 2.0

Prezydent Komorowski wyrasta na główną postać obozu władzy. Nie potrzebuje już Platformy, choć ona potrzebuje jego. Jeśli nic nadzwyczajnego się nie wydarzy, druga kadencja byłego marszałka Sejmu będzie czystą formalnością. 

Jeszcze trzy lata temu nic nie wskazywało na taki obrót sytuacji. Przewaga sondażowa PO nad PiS zdawała się wówczas tak znacząca, że śmiano się, iż prezydentem może zostać nawet koń. Byleby otrzymał poparcie Platformy. I oczywiście namaszczenie jej wszechwładnego lidera – Donalda Tuska. A jednak kampania Bronisława Komorowskiego nie była usłana różami. Liczne błędy i niemrawość byłego marszałka sejmu spowodowały, że przewaga nad Jarosławem Kaczyńskim zmniejszała się. W powszechnej opinii ostateczna wygrana Komorowskiego to przede wszystkim zasługa wpadki lidera Prawa i Sprawiedliwości z wypowiedzią na temat Angeli Merkel. Ale też efekt ratunku ze strony szefa Platformy.  Włączenie się Tuska do gry o prezydenturę spowodowało, że w rywalizacji o najwyższy urząd w państwie nie było niespodzianki. Cena wygranej Komorowskiego nie była jednak mała. Mimo objęcia najważniejszego urzędu w państwie, przewaga polityczna Tuska nad Komorowskim jeszcze się zwiększyła. Wielu spodziewało się z tego powodu niesuwerennej prezydentury.

Do czasu. Ostatnie trzy lata rządów Platformy, z których dwa przypadają na drugą kadencję, spowodowały zmęczenie rządami PO. I samym Tuskiem, którego teflonowa powłoka zaczęła przepuszczać coraz więcej uderzeń. Przełomowe są ostatnie miesiące, które przyniosły gwałtowne załamanie sondaży zaufania tak dla Platformy, jak i dla premiera. Tymczasem polityczna pozycja Komorowskiego od początku objęcia urzędu powoli, ale systematycznie rośnie. Prezydent zaczął się usamodzielniać I przestał być dekoracją rządowych decyzji. Także w oczach Polaków stał się odrębnym podmiotem. Dlatego spadek sondaży dla PO nie pociągnął w dół jego notowań. Wciąż jest, z dużą przewagą, liderem zaufania do polityków w Polsce. Wydaje się, że czasy, gdy Komorowski pozostawał w cieniu Tuska, bezpowrotnie minęły. Teraz to prezydent wyrasta na główną postać obozu władzy. I to on ewentualnie może swoim autorytetem wesprzeć w kłopotach Premiera. Platforma przestała być dla niego pomocą i narzędziem, a powoli staje się jego obciążeniem. Obrona rządu i PO staje się bowiem dla Komorowskiego wizerunkowo coraz bardziej kosztowna.

Jego polityczni oponenci śmieją się, że gdyby z Krakowskiego Przedmieścia na rok wyjechał jego gospodarz, nikt tego faktu by nie odnotował. Mdły, nijaki, przezroczysty – to najbardziej stonowane określenia ze strony opozycji. Ale Polakom prezydent „bez właściwości” nie przeszkadza. Co więcej, styl Komorowskiego zdaje się odpowiadać powszechnym oczekiwaniom. Owszem, nie ma wielu zalet, ale to co wyborcy doceniają, to fakt, że nie ma także znaczących wad. Potwierdza się więc diagnoza o zmianie społecznego zapatrywania na władzę. Polacy coraz rzadziej oczekują polityków starej daty – silnych osobowości, mających ambitną wizję i z rozmachem wyznaczających dalekosiężne cele. Ponadto Komorowski wspiera Platformę i Tuska nie tak ostentacyjnie, jak Lech Kaczyński wspierał brata. Dlatego w roli prezydenta wszystkich Polaków, mimo sprzeciwu oponentów, dla większości obywateli jest wiarygodny. Jak więc wykorzysta swoją pozycję?

Odpowiedź nie jest oczywista. Wielu wskazuje na nieuchronność konfliktu o wpływy między „małym” i „dużym” pałacem. Przemawia za tym konstytucja, a potwierdza historia III RP. Spór jest więc niejako wpisany w system. Wedle tej logiki Komorowski dotychczas nie atakował Tuska, nie dlatego, że nie był na to chętny. Nie był na tyle silny. Wielu sądzi, że zmiana proporcji wpływów może zmienić także polityczne stosunki między dwoma ośrodkami władzy wykonawczej w Polsce. Wedle tego scenariusza Komorowski, czując krew Tuska, miałby iść za ciosem i dobić konkurenta. Nie po to, aby samemu być premierem czy liderem PO.  Po to, aby na obsadzenie tych funkcji mieć znaczący wpływ. I stać się ośrodkiem politycznej grawitacji.

Ale tak być nie musi – i raczej nie będzie. Przecież osłabienie Tuska toruje drogę do władzy Kaczyńskiemu. Ale jest jeszcze inny, nie mniej istotny czynnik. Pierwszy obywatel nie ma także koncepcji odważnej prezydentury i tego, jak zaznaczyć swoją obecność w polskiej polityce. Komorowski nie jest Lechem Kaczyńskim, który chciał zmieniać Polskę i bić się w Europie. To także nie Lech Wałęsa, którego polityczne ambicje przekraczały kompetencje premiera i prezydenta razem wzięte. Komorowskiemu więcej politycznych narzędzi nie jest więc potrzebnych. W przeciwieństwie do Tuska nie jest ich kolekcjonerem. Te które posiada, w pełni odpowiadają jego politycznym horyzontom, dobrze skrojonym do kompetencji, jakie prezydentowi nadaje konstytucja. Komorowski spełnia na oficjalnych spotkaniach oraz gospodarskich wizytach. I zdaje się, że do szczęścia niewiele mu więcej trzeba. Druga kadencja na Krakowskim Przedmieściu – oto całe ambicje obecnego prezydenta. Dlatego nie rozpycha się. Nie bije. Gra z Tuskiem, ale łokci nie używa. Na „szorstką przyjaźń” więc się nie zanosi, co najwyżej subtelną grę personalną poza fleszem kamer. Komorowski nie jest gołąbkiem, ale samcem alfa też nie, nie będzie więc tworzyć swojego BBWR-u. Nie musi. Spokojnie delektuje się pierwszą kadencją i czeka na następną. Jeśli nie zdarzy się nic nieprzewidywanego, należy się spodziewać jego kolejnego wyborczego zwycięstwa.

Na prawdziwy test umiejętności politycznej gry przyjdzie więc czekać do nowego rozdania. Całkiem prawdopodobnie obecny gospodarz Belwederu zostanie  wtedy wrzucony na głęboką wodę. Jeśli jego rywal z ostatnich wyborów prezydenckich ponownie wprowadzi się na Aleje Ujazdowskie, Komorowski będzie musiał trenować bowiem nie tylko ciosy, ale i gardę.