Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Marek Suchan  24 sierpnia 2013

Suchan: Sądy nie powinny pomagać dłużnikom

Marek Suchan  24 sierpnia 2013
przeczytanie zajmie 4 min

Redaktor Folek w swoim artykule „Obywatele, długi i dziurawe prawo” dotknął problemu ściągania przedawnionych długów, stojąc twardo po stronie dłużników. Myślę, że znajdzie się sporo wierzycieli, którzy, delikatnie mówiąc, mają nieco odmienne zdanie. Nieśmiało postaram wcielić się w rolę „adwokata diabła”.

Elektroniczne postępowanie upominawcze (EPU) budziło kontrowersje od początku swojego istnienia, jak każda nowa instytucja w polskim prawie. Według popularnej opinii, którą, jak się zdaje, podziela również autor wspominanego na wstępie artykułu, jest to przede wszystkim instrument gnębienia najbiedniejszych. Problem w tym, że równie dobrze można by to powiedzieć o każdym trybie postępowania przewidzianym przez naszego ustawodawcę.  Tak często podnoszona przy okazji dyskusji o EPU kwestia doręczania pism na nieaktualny adres zdarza się również w „normalnym” trybie, tak jak zdarza się zastosowanie fikcji doręczenia, gdy pozwany notorycznie nie odbiera wysyłanych pism. Radzę powściągliwość w próbach ulepszenia zastanego stanu prawnego w tej materii. Łatwo sobie wyobrazić, że ustawodawca, chcąc ukrócić proceder doręczania pism na nieaktualne adresy, nagle obdaruje nieuczciwych dłużników potężnym narzędziem służącym unikaniu spłaty należności. Oberwie się tradycyjnie przedsiębiorcom, którzy i tak muszą miesiącami dochodzić przed sądem zapłaty, a kolejne miesiące czekać na skuteczną egzekucję. Tak długi czas oczekiwania, aż krnąbrny dłużnik zostanie zmuszony do uiszczenia należności oraz skuteczność egzekucji tłumaczą, dlaczego pierwotny wierzyciel woli sprzedać zobowiązanie po zaniżonej wartości i odzyskać chociaż część pieniędzy.

Warto pokusić się o próbę rozważenia, czy aby na pewno dłużnik zalegający z zapłatą ma zawsze rację i jest bez wyjątku stroną słabszą, najlepiej w bardziej ogólnym aspekcie niż tylko przy okazji EPU. Niestety, nieuczciwi dłużnicy często nie tyle nie mogą spłacić długu, co nie chcą. Nie wątpię, że wśród wielości rozpatrywanych przez polskie sądy spraw znajdują się też takie, w których powód ewidentnie wykorzystuje nieporadność pozwanego. Nie wątpię, że pozwany, którego nie stać na profesjonalnego pełnomocnika (i z jakichś przyczyn nie otrzymuje pełnomocnika z urzędu), może mieć utrudnioną drogę do realizacji swoich praw. Wątpię natomiast, że wśród owych 2 milionów Polaków, o których wspomina redaktor Folek, znaleźli się sami skrzywdzeni przez los i system pechowcy.

W tekście znajduje się kilka mocnych stwierdzeń, więc i ja pozwolę sobie na takie – artykuł jawi się jako pochwała nieuczciwości, co zresztą zarzucono w komentarzu pod nim. Autor pochyla się nad dolą rzekomo skrzywdzonych, zapominając jakby o istnieniu drugiej strony. Wierzyciela, który stracił pieniądze, wchodząc w układ z nieuczciwym płatnikiem. Wykonał swoją część zobowiązania, wyświadczył usługę, zrealizował przedmiot umowy, nierzadko poniósł koszty i nie otrzymał ustalonego wynagrodzenia. Wierzycielem może być zarówno wielka korporacja telekomunikacyjna, jak i rodzinna firma i nie znajduję argumentów, by niepłacenie jednej było mniej nieuczciwe od niepłacenia drugiej. Zawierając umowę, dłużnik zobowiązuje się do pewnego rodzaju świadczenia, a jak już wiedzieli starożytni, „umów należy dotrzymywać”. Sądy w stosunkach między wierzycielem a dłużnikiem pojawiają się w ostateczności, kiedy długu nie sposób uregulować bez zastosowania państwowego przymusu.

Jednocześnie trudno oczekiwać, że sędzia będzie wyręczał jedną ze stron, prowadząc ją niejako za rękę aż do zwycięstwa w sporze. Dlatego za chybiony uważam zarzut, że sądy nie informują dłużnika o przedawnieniu długu. Podniesienie przedawnienia nie jest obowiązkiem dłużnika, a jego uprawnieniem, którego może się zrzec. Konsekwencje skutecznego podniesienia zarzutu przedawnienia są przy tym tak daleko idące dla toku postępowania, że sąd pomagający dłużnikowi wcale nie rzekomo, a jak najbardziej faktycznie naruszyłby podstawowe zasady procesowe: równości stron i kontradyktoryjności.

W ocenie lubelskiego sądu przewrotnie zgadzam się z redaktorem Folkiem – sąd ów działa rzeczywiście jak dobrze zorganizowane przedsiębiorstwo do wysyłania nakazów zapłaty. Można, według mnie, narzekać między innymi na czas, jaki zajmuje przekazanie sprawy do sądu właściwości ogólnej, gdy nakaz zapłaty traci moc. Zdarzają się też, choć rzadko, problemy techniczne przy korzystaniu z witryny internetowej e-sądu. Sięgając po statystyki, opracowane przez Jakuba Pawliczaka w raporcie Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka „Elektroniczne postępowanie upominawcze – założone cele a praktyka funkcjonowania”, znajdziemy potwierdzenie dobrego zorganizowania sądu w Lublinie.

Od 1 stycznia 2010 r. do 30 czerwca 2011 r. w e-sądzie zarejestrowano 1 406 910 spraw. Nakazów zapłaty wydano 1 159 504. Faktycznie, jest to dobry wynik, choć już ilość wydanych klauzul wykonalności jest widocznie mniejsza. Zwracam przy tym uwagę, że lubelski sąd dlatego jest tak oblegany, gdyż… jest to obecnie jedyny sąd zajmujący się EPU.

Pozostając w temacie statystyk, odnotujmy ilość sprzeciwów, jakie dłużnicy wnoszą. Sprzeciw od nakazu zapłaty w EPU nie jest obwarowany szczególnymi, skomplikowanymi restrykcjami, nie wymaga uzasadnienia, a dodatkowo nie pobiera się od niego opłaty. Jego skuteczne wniesienie powoduje utratę mocy nakazu zapłaty i przekazanie sprawy do sądu właściwości ogólnej. Ile sprzeciwów wniesiono w badanym przez Helsińską Fundacje okresie? Nieco ponad 41 tysięcy. Pozwolę sobie wątpić, że ponad milion dłużników nie wniosło sprzeciwu z tego tylko powodu, że nakaz zapłaty został doręczony na ich nieaktualny adres i nie wiedzieli o tym, że toczy się przeciwko nim postępowanie cywilne.

To oczywiste, że EPU ma swoje wady, tak jak nie jest od wad wolne całe postępowanie cywilne. Ma jednak pewną cechę, której niezwykle brakuje innym trybom postępowania – jest szybkie. Długość postępowania to jedna z głównych bolączek naszego wymiaru sprawiedliwości, a postępowanie elektronicznie jest relatywnie najszybsze i najprostsze. Myślę, że jego popularność będzie rosnąć, nie tylko wśród firm zajmujących się windykacją, ale także wśród małych i średnich przedsiębiorców.