Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Stanisław Kamykowski  23 sierpnia 2013

Kamykowski: Sport i polityka

Stanisław Kamykowski  23 sierpnia 2013
przeczytanie zajmie 4 min
Kamykowski: Sport i polityka AdamKR, CC 2.0

Na łamach portalu rebelya.pl ukazał się tekst Marcina Hermana zatytułowany „Medale w niszowych dyscyplinach za publiczne pieniądze, czyli jak w Polsce robi się polityczkę, a nie politykę”. Autor już na wstępie zaznacza, że „nie chodzi o sport”. Jeśli jednak mamy traktować sport jako soczewkę, „w której można zobaczyć, jak jest w Polsce naprawdę”, to musimy patrzeć przez dobre zwierciadła. Te, które proponuje autor, można trochę skorygować.

Jak zdefiniować sport niszowy w polskich warunkach? Kryterium ilościowe, a zwłaszcza granica, którą posłużył się Dariusz Kaczmarski ?, a za nim Herman, może być dość zawodne. W Polsce funkcjonuje wiele dyscyplin, które mogłyby pomarzyć o tak licznej (20-osobowej) grupie zawodowców. O ile były maratończyk mówi o nich jako „niemasowe”, to jednak Herman w tytule tekstu użył pojęcia „niszowe”. Lacrosse, korfball, frisbee, baseball to przykłady sportów, w których ani jeden z zawodników w Polsce nie jest zawodowcem. Spora część z nich staje się profesjonalistami w podejściu do realizowania własnych pasji. Takiego samego zaangażowania warto życzyć ludziom, którzy tworzą dla dobra Rzeczypospolitej niezależnie od subwencji, czy to będzie portal, akademia obywatelska, watchdog, think thank, a może właśnie klub sportowy. Niektóre z grup angażują się na poziomie lokalnym, inne środowiskowym, a jeszcze inne mają ambicje wpływania na całą Polskę. Czy grupa 20 zawodowych dziennikarzy lub naukowców może być opiniotwórcza i mieć realny wpływ na rzeczywistość?

Niszowość we współczesnym sporcie nie dotyczy tych zawodników czy dyscyplin, które w serwisach sportowych pokazywane są rzadko. Ich w telewizji nie zobaczymy – chyba że regionalny oddział ma wolną kamerę i robi weekendowy przegląd sportowych ciekawostek bądź kolega któregoś z graczy próbuje swoich sił, tworząc telewizję studencką. Mamy króla strzelców mistrzostw świata w korfballu, ale zamiast pytania o to, które miejsce ma szansę zająć w plebiscycie na najlepszego sportowca Polski, adekwatniejsze będzie to, ile musiał wyłożyć z własnej kieszeni, żeby reprezentacja Polski znalazła się na tych mistrzostwach. W przypadku niektórych dyscyplin struktury od początku funkcjonowania w Polsce są zależne od głębokości kieszeni zawodników i ich rodzin. Jeśli się uda coś wysupłać w danym sezonie, ruszy liga, a reprezentacja pojedzie na mistrzostwa – finansowanie z państwa nie dotyczy sportów od samego początku; trafia tylko do tych dyscyplin, których zawodnicy już coś osiągnęli wkładem własnym w organizację ogólnopolskich struktur i udowodnili, że ktoś poza nimi samymi jest zainteresowany ich pracą. W działaniu na poziomie obywatelskim też możemy znaleźć ludzi, którzy nie czekają na dofinansowanie z UE lub pulę z ministerstwa. Robią swoje, czasem osiągając więcej, niż zamierzali. W kwestii osiągnięcia określonego poziomu struktur nie musi to być koniecznie próg 3% na wygodną kanapę. Sprawną politykę można też robić, mając nazwisko poza listą wyborczą.

Pretensje Kaczmarskiego do Pawła Fajdka brzmią trochę jak zazdrość, która często jest obecna w środowisku działaczy sportowych, zapatrzonych w „wyjątkowość” swojej dyscypliny. Podobnie kolejni inicjatorzy działań są przekonani, że znają sposób, w jaki należy uzdrowić państwo. Nie będę im tego odbierał, bo może wśród nich są ludzie pokroju naszych atletów uprawiających rzut młotem. Warto zauważyć, że to jedna z najskuteczniejszych grup zawodowych w Polsce. Od IO w Sydney w 2000 roku aż czwórka Polaków zdobywała złoto w najważniejszych zawodach globu (śp. Kamila Skolimowska, Szymon Ziółkowski, Anita Włodarczyk i teraz Paweł Fajdek). Są dyscypliny, w których nasza skuteczność jest jeszcze większa. Chyba nie tylko ja życzyłbym sobie, aby polska kultura, nauka, gospodarka czy polityka potrafiły udowadniać swój czempionat, z którego moglibyśmy być dumni. O tym, co i jak przydaje się społeczeństwu, zależy od nas samych: od tego, jak skutecznie potrafimy czerpać z sukcesów, które osiągamy.

Istotnym pytaniem jest też to dotyczące naszych oczekiwań wobec sportu. Chcemy mieć zdrowe społeczeństwo czy wybitnych medalistów? Oba cele nie są do końca zbieżne – uprawianie sportu wyczynowego nie ma zbyt wiele wspólnego ze zdrowiem. Organizm jest eksploatowany, co może bardzo negatywnie odbić się w przyszłości na zawodnikach. Chcemy, by młodzi mieli wzory do naśladowania, więc sami dajmy przykład. Spora część aktualnych elit politycznych ma za sobą wystarczającą ilość startów, by bolały ich mięśnie i stawy. Jak będzie wyglądało kolejne rozdanie przy urnach, zależy nie tylko od kondycji fizycznej, ale również od tego, czy młodzi opanowali wystarczająco technikę tej dyscypliny.

Rekreacja wymaga staranności, ale nie oczekujmy, że dzięki niej zdobędziemy medale w prestiżowych konkurencjach. Sukces sportowy to konkretny trening związany z latami wyrzeczeń nie tylko fizycznych. Najwyższe laury zostają osiągane poza systemem szkolenia, a dużo częściej wbrew niemu. Można przywoływać korytarz, w którym rozbieg rozpoczynał Leszek Blanik, bo sala treningowa była za mała, poznański most, który daje złote medale w rzucie młotem, historię ojca Agnieszki i Uli Radwańskich, opowieści taty Jerzego Janowicza czy śledzić karierę Roberta Kubicy – i wiele innych. Niezależnie od dyscypliny, najlepszych udaje się wyszkolić poza systemem proponowanym przez administrację publiczną.

Co do walki o medale w prestiżowych dyscyplinach… Na piłce nożnej zna się każdy – pomińmy oczywistości dotyczące naszych szans na medal jakiejś większej imprezy. W piłce klubowej wydaje się, że gorzej już było i po udanym występie Legii chciałbym, by Śląsk także udanie powalczył o fazę pucharową. Koszykówka, pomimo zdolnej młodzieży, chyba musi poczekać na swoje czasy. Mistrzów w pływaniu raczej nie uda nam się wyszkolić, korzystając z bazy gminnych parków wodnych, które – jak kiedyś wspominał Mateusz Matyszkowicz – miło, że powstają, ale nie są odpowiedzią na zanikający szkielet państwowy.

W starożytności kolejne olimpiady (czteroletni okres czasu pomiędzy igrzyskami) były nazywane od imion zwycięzców wyścigu na jeden stadion, którego współczesnym odpowiednikiem będzie bieg na 100 metrów. Jakie mamy szanse na złoto? Nawet gdyby Usain Bolt przestał biegać, pozostaje jeszcze kwestia czystej biologii. Popularne niegdyś hasło, że biali nie potrafią skakać, nie ma rasistowskiego podłoża. Budowa mięśni sprawia, że do tej pory tylko jednemu białemu sprinterowi w historii udało się zejść poniżej 10 sekund bez zażywania dopingu. Marian Woronin był pierwszym, który osiągnął tę barierę. Prawdopodobnie więcej się nie da, więc tytuł mistrza II ligi sprinterów mamy zagwarantowany. Jednak czy takie są ambicję Polski? Pokonać ten mityczny próg da się w sztafecie 4×100 metrów. Czy potrafimy zrezygnować z prestiżu biegów indywidualnych na rzecz sukcesu drużyny?