Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Powstańczy etos i PRL – owskie kłamstwa. Rozmowa z Wojciechem Balińskim

przeczytanie zajmie 7 min
Powstańczy etos i PRL - owskie kłamstwa. Rozmowa z Wojciechem Balińskim Sylwester Braun

W ostatnich latach w debacie publicznej dotyczącej Powstania Warszawskiego utrwaliły się dwa podziały: na szalonych przywódców i bohaterskich żołnierzy oraz na powstańców i ludność cywilną. Czy uważa pan takie zestawienia za dopuszczalne i historycznie zasadne?

W przyszłym roku obchodzić będziemy 70. rocznicę wybuchu Powstania, od obrad Okrągłego Stołu minęły już 24 lata. Tymczasem my wciąż tkwimy w schematach myślowych stworzonych przez propagandę komunistyczną. W szczególności mam na myśli pierwszy z podziałów: z jednej stroni szaleni dowódcy, z drugiej kwiat naszej młodzieży bohatersko oddający życie na ulicach stolicy. Ta opozycja została stworzona z pobudek czysto politycznych, niemających nic wspólnego z rzetelną analizą historyczną. Po prostu dowódcy reprezentowali „zaplute karły reakcji” z Armii Krajowej, które należało w maksymalnym stopniu polskiemu społeczeństwu zohydzić. Było to o tyle łatwiejsze, że ówcześni mieszkańcy Polski mieli mocno utrudniony dostęp do wolnej wiedzy humanistycznej, a szczególnie historycznej. Jeśli kogoś określimy szaleńcem, to łatwo go wówczas wyeliminować z poważnej debaty.

Prawdziwym kuriozum jest dla mnie wydana ostatnio książka Piotra Zychowicza pt. „Obłęd ‘44”. Autor, uważający się za historyka, atakuje Powstanie z innych oczywiście pobudek niż dawni decydenci PRL, ale powielając przy tym stary schemat: irracjonalni dowódcy oraz dzielni powstańcy, którym należy się szacunek za podjętą walkę z okupantem. W swojej krytyce dowódców AK Zychowicz wykazuje się ahistorycznością, brakiem oparcia w faktach oraz nieuwzględnianiem realiów tamtego okresu.

W dzisiejszej Polsce zamiast dawnego wydziału propagandy PZPR mamy sojusz tzw. realizmu politycznego oraz antykomunizmu, wypaczonych jednak przez tzw. „prezentyzm historyczny”. Przez ten ostatni rozumiem podejście polegające na ocenie historycznych wydarzeń z perspektywy wiedzy, którą mamy dzisiaj. W przypadku Powstania oznaczać to będzie krytykę decyzji o rozpoczęciu walki bez uwzględniania stanu wiedzy oraz okoliczności, w jakich znajdowało się dowództwo AK. Tymczasem nie wolno zapominać o szerszym kontekście oraz całej sekwencji zdarzeń, której Powstanie było tylko elementem. 20 lipca miał miejsce zamach na Hitlera, 21 lipca podjęto decyzję o utworzeniu PKWN, a 1 sierpnia wybuchło samo Powstanie. Decydujący o podjęciu akcji „Burza”, a następnie włączeniu doń Warszawy, nie mieli wiedzy o ustaleniach w Teheranie (przełom XI/XII 1943) i fundamentalnym dla losów sprawy polskiej znalezieniu się Polski w strefie wpływów sowieckich. Tak naprawdę decyzja o podjęciu walki w Warszawie oznaczała więc próbę rzucenia wyzwania instalującej się właśnie w naszym kraju władzy komunistycznej, próbę przejęcia inicjatywy przez struktury Polski Podziemnej w walce o to, kto będzie w przyszłej Polsce sprawował rządy. Była to próba nieudana, ale twierdzenia, że całkowita bierność byłaby lepszym wyjściem, jest tezą zupełnie nierealistyczną, wręcz abstrakcją nieuwzględniającą realiów działania Polskiego Państwa Podziemnego.

Z postawą prezentyzmu historycznego często związane jest pojęcie politycznego realizmu, z którym wydaje się utożsamiać wspomniany przez Pana Piotr Zychowicz. Czy zgodziłby się pan z twierdzeniem dr Dariusza Gawina, który realizm określił „mądrością post factum”; wnioskiem, który wyciąga się z klęski?

Generalnie zgadzam się z tezą Gawina. W przypadku pana Zychowicza problemem jest to, że jego antykomunizm zasłania mu wszystko inne, wypacza cały obraz rzeczywistości, o której pisze. W czasie wojny sytuacja nie wyglądała tak, że jeśli ktoś opowiadał się za walką z komunistami, to był zwolennikiem nazistów i odwrotnie. Zychowicz wybiórczo dobiera fakty, argumenty oraz różne warianty zachowań do odgórnie postawionych tez. Tak było w przypadku jego poprzedniej książki „Pakt Ribbentrop-Beck”, tak wychodzi również teraz przy „Obłędzie ‘44”. Trudno mi się jednak odnieść do szczegółowych tez jego książki, której jeszcze nie czytałem, a znam jedynie dwie jej recenzje. Oburza mnie to, że człowiek, który określa się mianem konserwatysty, z taką nonszalancją odnosi się do kategorii prawdy. W jego przypadku nasuwa mi się skojarzenie, oczywiście z zachowaniem różnic i proporcji, do Janusza Korwin-Mikkego. Pan Mikke, zwolennik idei liberalno-konserwatywnych, zrobił dużo dla ich promocji, jednocześnie odstręczając od nich wiele osób formą popularyzacji, którą przyjął. Podobnie ma się rzecz z Zychowiczem, który deklarował wielokrotnie, ze jego historyczne analizy mają na celu racjonalizację historycznej debaty w naszym kraju, a tymczasem używa on w tym celu nieracjonalnej oraz ahistorycznej argumentacji. Wydaje mi się, że ostateczną konsekwencją jego sposobu myślenia okaże się książka, której główna teza będzie atakiem na polityków polskich okresu 1939-1945, że Polska ówczesna nie wydała spośród siebie odpowiednika Vidkuna Quislinga czy też Philippe’a Pétaina.

Jednym z najciekawszych ujęć Powstania Warszawskiego, z jakim się spotkałem, był esej wspomnianego wcześniej Dariusza Gawina pt. „Warszawa 1944: oślepiający blask wolności”. W tym tekście autor interpretował Powstanie jako zderzenie pierwotnej wolności politycznej z radykalną wersją zniewolenia, jako kolejny wyrok wydany w imię oświeceniowej, nowoczesnej logiki postępu oraz modernizacji na Polakach wciąż przywiązanych do swojej szlacheckiej wolności. Czy zgodziłby się Pan z taką interpretacją Powstania?

Nie czytałem tego konkretnego tekstu, ale jako historyk obawiam się tworzenia takich dualistycznych ujęć, gdyż niestety historia jest najczęściej bardziej złożona. Taka teza jest dla mnie pewnym uproszczeniem rzeczywistości. Nie wolno zapominać, że okres I Rzeczypospolitej i zaborów oraz II wojna światowa i Powstanie to są jednak różne przypadki, osadzone w różnych historycznych kontekstach. Aczkolwiek, przy zachowaniu odpowiednich proporcji, taka identyfikacja konfliktu między szlachecką wolnością a logiką państw absolutyzmu oświeconego ma swoją zdolność objaśniającą i w tym tkwi jej wartość.

Wielu komentatorów, mówiąc i pisząc o Powstaniu, pomija jego aspekt ustrojowy. Tymczasem przez te dwa miesiące w Warszawie działały legalne władze polskie, istniała Rada Jedności Narodowej – namiastka parlamentu gromadząca wszystkie główne ówczesne partie polityczne. Rada wydała Dzienniki Ustaw RP, z których wyłania się obraz planowanych reform naszego państwa, łudząco podobny do kierunku zmian, jakie zaszły po wojnie w krajach Zachodu. Czy nie sądzi pan, że właściwa III RP istniała między 1 sierpnia a 3 października 1944 r.?

Rzeczywiście fenomenem Powstania Warszawskiego było nie tylko pełne ujawnienie się społeczeństwa obywatelskiego w częściach stolicy odbitych z rąk Niemców, lecz również wydanie m.in. owych dokumentów, które oczywiście zostały opracowane wcześniej, a nie w czasie samego Powstania. Zebrane razem tworzyły projekt nowej, powojennej Polski, istotnie odmiennej od tej z okresu sanacji i całkowicie różnej od Polski rządzonej przez komunistów. Niestety dostanie się naszego państwa pod wpływy Związku Radzieckiego z oczywistych względów uniemożliwiło realizację tych pomysłów.

Zasadnicze pytanie brzmi, jakie warunki muszą zostać spełnione, aby można było mówić o nowym państwie, kolejnej Rzeczypospolitej. W moim przekonaniu ówczesne projekty ustrojowe pełniły raczej funkcję dokumentów modyfikujących działanie obowiązującej wtedy konstytucji kwietniowej. Można byłoby je porównać do roli małej konstytucji z 1919 r.:  nie był to gotowy projekt, a podstawa, wstęp do stworzenia podwalin pod kształt powojennej Polski.

Niestety ten proces ustrojowy zapoczątkowany w czasie wojny nie miał swojej kontynuacji po roku 1989 r. W moim przekonaniu, źródeł tego zjawiska należy upatrywać w braku ciągłości z II RP, spowodowanym z jednej strony fizyczną eliminacją naszych elit przez Niemców oraz Sowietów, z drugiej zaś częściowo świadomym pominięciem przez tworzących III RP polityków dziedzictwa powojennej emigracji polskiej, która była przecież kontynuacją II RP. Dla pokoleń polskiej emigracji w Londynie konstytucja kwietniowa była aktem obowiązującym do 1991 roku, do pierwszych w pełni wolnych wyborów w Polsce. Miałem okazję osobiście rozmawiać z Adamem Bieniem, członkiem Krajowej Rady Ministrów, zastępcą Delegata Rządu na Kraj, reprezentującym Stronnictwo Ludowe, który brał czynny udział w opracowywaniu tych dokumentów. Był on naprawdę rozgoryczony faktem, że elity III RP w żaden sposób nie sięgnęły do dorobku Polskiego Państwa Podziemnego przy budowie niepodległej Polski.

W ostatnich latach Powstanie opuściło pomnikowy postument, wkraczając w mury stołecznego Muzeum Powstania Warszawskiego, na karty komiksów czy koszulki kibiców. Czy uważa Pan, że mit Powstania może stać się fundamentem tożsamości dla pokoleń dzisiejszych 20- i 30-latków?

Z całą pewnością chciałbym, żeby tak właśnie się stało. Przede wszystkim trzeba podkreślić, że dzisiejsza świadomość społeczna jest całkowicie odmienna od tej z roku 2003. Od tego czasu nastąpiła nieodwracalna zmiana świadomości politycznej współczesnych Polaków. Dokonały jej skutki afery Rywina, powstanie Muzeum, śmierć Jana Pawła II, a ostatnim elementem stała się także katastrofa smoleńska. Tego faktu nie zmieni już zwycięstwo tej czy innej opcji politycznej w kolejnych wyborach parlamentarnych bądź prezydenckich. Na pewno Muzeum, jak i związane z jego stworzeniem upowszechnienie się etosu Powstania oraz wiedzy na temat II RP, sprawia, że pańskie pokolenie inaczej zaczyna postrzegać otaczającą je polityczną rzeczywistość. To, co jednak mnie boli, to brak kontynuacji działań w tym kierunku. Budowa Muzeum Historii Polski jest praktycznie zawieszona. Innym przykładem jest niestworzenie Muzeum Polskiego Państwa Podziemnego. Takie miejsce mogłoby pokazać nie tylko fenomen Powstania (tym zajmuje się Muzeum Powstania Warszawskiego), lecz także uzupełnić wiedzę współczesnych Polaków na temat niezwykłości Polski Podziemnej, której najbardziej widocznym owocem było samo Powstanie.

Okres propagandy komunistycznej to czas, w którym starano się wmówić się Polakom, że są narodem anarchicznym, niezdolnym do stworzenia sprawnie działającego państwa. Był to wyraz polityki suwerena, czyli Związku Sowieckiego, wobec swego satelity; nosiła ona charakter neokolonialny, ściśle podporządkowujący Polskę decydentom z Moskwy. Tymczasem Polskie Państwo Podziemne całkowicie zaprzecza temu kłamliwemu wizerunkowi. Razem z 300-400 tysiącami żołnierzy liczyło ono blisko milion ludzi zrzeszonych także w innych organizacjach niż sama Armia Krajowa, z którą najczęściej utożsamia się całość Państwa Podziemnego. Jest to więc jeden z fenomenów społecznych w naszej historii, obok pokojowej rewolucji I Solidarności, wznieconej przez przemianę ducha zapoczątkowaną przez Jana Pawła II w czerwcu 1979, czy też odbudowy Rzeczpospolitej w okresie międzywojennym.

Rozmawiając o historii, lewica rozpatruje ją najczęściej w kategoriach uciążliwej martyrologii czy romantycznego szaleństwa, powołując się na utwory Mrożka oraz Gombrowicza. Czy dostrzega Pan szansę choćby na elementarne porozumienie między prawą oraz lewą stroną sceny politycznej w kontekście Powstania?

W pierwszej kolejności musimy podkreślić fakt, że istotna grupa osób odpowiedzialnych za wybuch Powstania wywodziła się ze środowisk antykomunistycznej lewicy i centrum okresu międzywojnia. Mało kto zwraca teraz na to uwagę. Rzeczą oczywistą jest, że dla dobra naszego państwa elementarny konsensus jest niezbędny. Nie oznacza to, że wszyscy muszą odnosić się do Powstania w jednakowy sposób. Kluczowa jest akceptacja przez wszystkie strony sporu pewnych fundamentalnych pryncypiów. Wydaje się, że dzisiaj zmierzamy do osiągnięcia takiego stan rzeczy. Ogromna część polskiej sceny politycznej szanuje ofiarę walczących oraz ludności cywilnej. I co ważniejsze wszyscy, przynajmniej w sferze deklaratywnej, szanują wartość niepodległości i suwerenności państwa oraz wolności obywateli. Nikt, kto zalicza się do wspólnoty narodowej Polaków, nie może zanegować tych pryncypiów. Jeśli ktoś neguje wartość niepodległości własnego państwa i wolności jego obywateli, stawia się poza naszą wspólnotą narodową.

Rozmawiał Piotr Kaszczyszyn