Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Michał Kłosowski  18 lipca 2013

Kłosowski: Ukraiński szpagat

Michał Kłosowski  18 lipca 2013
przeczytanie zajmie 5 min
Kłosowski: Ukraiński szpagat Vladimir Yaitskiy, CC 2.0

Trwanie między dwoma silnymi ośrodkami nie należy do rzeczy łatwych. Szczególnie, kiedy napierające siły nie równoważą się w żaden sposób, spychając podmiot czasem w jednym, a czasem w drugim kierunku. Oddziaływując, zapewniają jednak trwanie i dlatego bywa to wygodne. Jeśli chodzi o najbliższego sąsiada Polski, ukraiński dualizm widać na każdym kroku. Nie tylko w wielkiej, międzynarodowej polityce, ale także w codziennym życiu miasta. Pod lupę weźmy jeden z najważniejszych ukraińskich ośrodków – Lwów.

Dwa oblicza

Pył po spektaklu Euro opadł już dawno; pozostała szara rzeczywistość. Odwiedzając lwi gród przed futbolowym świętem bez problemu można było porozumieć się w naszym ojczystym języku. I to nie dlatego, że silna tam była tradycja habsbursko-galicyjska czy polska. Powodem tego stanu rzeczy była czysta kalkulacja. Turyści zza zachodniej granicy stanowili dla mieszkańców bardzo intratne źródło dochodów, zostawiali sporą ilość gotówki. Nadal zostawiają. Ale nie są to już turyści zza najbliższej granicy, a tej trochę dalszej – Węgier, Niemiec, Anglii. Ukraina, pomimo licznych opinii o złym przygotowaniu do rozgrywek (choć może właśnie dlatego, dzięki postrzeganiu jako swoista terra incognita), stała się atrakcyjna. Trochę tak jak Dziki Zachód, gdzie stale należy rozglądać się dookoła.

Futbolowy sukces

Ukraina wygrywa swój mecz i trudno się tym faktem nie cieszyć. Wiele zmieniło się na lepsze: kursują nowe tramwaje z dostępem do bezprzewodowego Internetu, wyremontowano fasady głównych budynków w centrum miasta, a i sami Ukraińcy komunikują się z turystami nie tylko językiem łamano-ręcznym czy rosyjskim. Jednak stoi ona także w rozkroku i to jest już gorsze, przynajmniej dla Polski. Z tego względu zrozumiała może być postawa szefa polskiej dyplomacji, który dostrzega, że wschodnich sąsiadów należy przeciągnąć na swoją stronę: Unii Europejskiej i związanej z nią Polski. Wygląda to tak, że minister Sikorski, trochę na siłę, aspiruje na szefa tej części dyplomacji europejskiej, która odpowiedzialna jest za politykę wschodnią. Próbuje u boku Niemiec zbudować słowiańską koalicję, oczywiście z Ukrainą włącznie. Przypomina to trochę sytuację sprzed ponad tysiąca lat i próby Bolesława Chrobrego. Wówczas wystarczyła jednak zmiana na tronie Niemiec i sytuacja zmieniła się diametralnie.

Ukraińska lewa noga

Naród zamieszkujący ziemie leżące za południowo-wschodnią granicą Polski szczyci się wspaniałą historią i kulturą. Na każdej prawie kamienicy wmurowana jest tablica upamiętniająca bohatera ważnego dla naszych wschodnich braci. W parkach i na skwerach stoją pomniki Stiepana Bandery czy Iwana Franko. I to właśnie w tkance miejskiej wyczuwa się pewną sztuczność. Można zauważyć, że tynk wokół wmurowanych tablic jest świeży, pomniki wyglądają tak, jak gdyby wszystkie wyszły spod ręki tego samego artysty, a wspomniany już bezprzewodowy Internet jest tylko fikcją, nie działa. W czym więc rzecz? Istotną kwestią jest sprawa historii. Pozornie może być to bez znaczenia, jednak to właśnie ten czynnik najlepiej oddaje i uzasadnia specyfikę zachowań mieszkańców tamtych terenów, jak i ich chęć trwania w postawie rozkrocznej. Bo pomimo europeizacji i tego wszystkiego, co znajduje się w przewodnikach turystycznych: zdjęć nowoczesnych budynków i uśmiechniętych ludzi, ukraińskie myślenie o zachodniej cywilizacji nie zmieniło się. Nasi sąsiedzi wyczuwają zagrożenie, które stamtąd płynie. Ale wyczuwają też zagrożenie płynące ze Wschodu. Na dodatek jasno zdają sobie sprawę z tego, ile mogą wygrać, zręcznie rozgrywając obie strony.

Stałe zagrożenie, jakie niosło ze sobą życie na Dzikich Polach, nie minęło. Trudne warunki bytowe czasów Republiki Rad wzmocniły jeszcze instynkt przetrwania. I z tego powodu Ukraina trwa w rozkroku – pomiędzy Unią a Rosją, ogromną biedą i ogromnym bogactwem, szansami i zagrożeniami również w kontaktach z Polską.